Św. Josemaria, Obrońca wolności
- Poruszyły mnie słowa, które usłyszałem w wystąpieniu księdza Prałata Escrivy w Pampelunie 7 października 1972 roku. Jako Wielki Kanclerz Uniwersytetu w Nawarze podpisał akt nadania nowym doktorom tytułu honoris causa tego ośrodka akademickiego. We pewnym fragmencie tego wystąpienia doszła do głosu jego mentalność prawnika, kochającego wolność każdego człowieka: Prawo w zgodzie ze sprawiedliwością ustala normy współżycia pomiędzy ludźmi i narodami oraz zabezpiecza przed gwałtem i uciskiem tych, którzy chcieliby żyć czy sprawować rządy nie licząc się z nikim lub stosując siłę. Gorące umiłowanie prawdziwej wolności, głęboko zakorzenione w aragońskim podłożu, to kolejna wyrazista cecha osobowości Założyciela Opus Dei.
Św. Escrivá powtarzał aż do znudzenia: Własne życie naraziłbym w obronie wolności należnej każdemu. Tylko w taki sposób mogę bronić do końca mojego życia tej wolności, którą Pan wysłużył nam na Krzyżu. Przestrzegał tej zasady, ponieważ był przekonany, że bez wolności nie można kochać Boga. Dlatego też, ale także przez pamięć na lata panowania komunistów, które tak ciężko go doświadczyły, codziennie prosił Pana, aby w każdym kraju zapanował klimat wolności: bez prześladowań i dyskryminacji z powodu wyznawanej wiary, rasy czy kondycji społecznej itd.
Był wielkim obrońcą wolności, nawet tych – stwierdzał to
otwarcie – którzy się byli w błędzie. Z całym kapłańskim zapałem, nigdy
jednakże nie narzucając swojego punktu widzenia, pouczał: Przemocą nie
zwycięży się, ani nikogo się nie przekona.
- Ale może należy właściwie
wyjaśnić, że wolność przejawia się we wszystkich aspektach życia, poczynając od
decyzji dotyczących osobistej odpowiedzi na Boże wezwania.
Podstawowym kryterium przyjmowania członków Opus Dei, jakie przedstawił św. Escrivá, oprócz osiągnięcia wieku gwarantującego dojrzałość charakteru i zdolność do podejmowania odpowiedzialności, było to, że powinni cieszyć się pełną wolnością, aby móc akceptować zobowiązania, które niesie ze sobą przynależność do Dzieła. Chciał, aby mieli jasną świadomość, że to powołanie, poprzez podejmowanie wymagających zaangażowań, będzie kształtowało całe ich życie.
Podkreślał przy tym także, że mogą również zwracać się do jakiejkolwiek osoby, aby się poradzić w sprawie swojej decyzji. Pragnął, aby było dla nich jasne, zgodnie z mądrą nauką tylu doświadczonych autorów, że – nawet korzystając ze swojej wolności – powinni jednak uznać, iż ci, którzy już żyją tym powołaniem, są w stanie im lepiej doradzić. Mówił z naciskiem, że do Opus Dei nie należy przyjmować osób, które nie są przekonane co do swojego powołania, czy nie posiadają odpowiednich warunków. Dlatego kapłani i dyrektorzy Dzieła są odpowiedzialni wobec Boga i bardzo pragną, aby nie przyszedł do Opus Dei nikt, kto sam, dobrowolnie nie zdecyduje się wkroczyć na tę drogę powołaniową.
Miał zwyczaj powtarzać, że jeśli ktoś ma zamiar zostać przyjęty do Opus Dei, sam powinien dążyć do tego, aby otworzono mu drzwi. Chciał również, aby każdy z nich od pierwszej chwili wiedział, że te drzwi są zawsze otwarte na oścież, jeśliby ktoś zechciał odejść, dochodząc po jakimś czasie do wniosku, iż nie jest to droga dla niego.
Nie omieszkał uprzedzać także o innej bardzo ważnej
zasadzie: tylko wtedy, gdy osoby działają w wolności, można rozwijać w swoim
życiu poczucie odpowiedzialności, od której najbardziej zależą wielkie sprawy:
osobiste zbawienie i zbawienie innych dusz. W tym duchu w 1966 roku dodawał
otuchy swoim córkom: Sprawia mi wielką radość, że jesteście bardzo pobożne;
że z wielkim zaangażowaniem studiujecie to wszystko, co zostało zalecone, aby
również zdobyć wiedzę – wszystkie! – wraz z mocną i jasną wiarą. W ten sposób
zachowacie wobec Boga prostotę, niczym małe dziewczynki wobec Tatusia, któremu
całkowicie ufają. I będziecie mogły rozmawiać o tym, co nosicie w sercu, ze
wszystkimi osobami, ponieważ będziecie czuły nieodpartą potrzebę, aby i one
poznały Boga, aby z Nim obcowały, aby Go kochały, ponieważ tylko wtedy będą
czuły się szczęśliwe. Pragnę, moje córki, waszej wewnętrznej wolności, abyście
zawsze mogły odpowiadać na Boże wezwania. Kochajcie Boga, kochajcie Go bardzo
mocno, ponieważ On obdarzył nas wielkim darem wolności, abyśmy nim uczciwie
zarządzali i abyśmy uczyli tych, którzy
są wokół nas, korzystać z tego daru w ten sam sposób.
- Znane jest wielkie
zainteresowanie, jakie osoba Założyciela Opus Dei wzbudzała w jego dzieciach
duchowych. Ale ten niezwykły podziw z ich strony ani nie przekreślał, ani nie
ujmował nic jego nieprzeciętnej osobowości.
Całe życie rozważał, że każdy człowiek musi żyć in libertatem gloriae filiorum Dei („w wolności i chwale dzieci Bożych”; Rz 8, 21), i zachęcał nas, abyśmy cieszyli się tą wolnością, owocem synostwa Bożego, rozwijając osobowość, którą każdy z nas otrzymał od Pana.
Kiedy pytaliśmy go, jak możemy naśladować go w określonych aspektach życia chrześcijańskiego czy życia duchem Opus Dei, jednoznacznie stwierdzał, że dla nikogo nie jest wzorem, że jedynym wzorem jest nasz Pan Jezus Chrystus.
Św. Escrivá nigdy nie rościł sobie prawa, aby komukolwiek narzucać swoich upodobań, wyborów czy sposobów działania. Chciał, aby każdy zachował swoją osobowość i rozwijał ją, nie godząc się jednak na ewentualne fałszywe kroki. Spodziewał się, że mając wspólny mianownik – ducha Opus Dei – każdy będzie się rozwijał we własnym tempie.
Wyraźnym dowodem szacunku, jaki miał wobec innych, była jego doskonała znajomość wszystkich, którzy znajdowali się wokół niego: z wielką wrażliwością i nie robiąc na ten temat żadnych uwag, wiedział, jak wspierać każdego z nas w kształtowaniu charakteru. Zawsze okazywał szczere zainteresowanie naszymi upodobaniami zawodowymi, kulturalnymi itd. Zagadywał nas o nie i słuchał z wielką uwagą. Całe lata pamiętał te osobliwe szczegóły, nawet gdy z kimś spotkał się sporadycznie.
Wiem, że w dwóch przypadkach – i tylko w tych dwóch - sugerował członkom Opus Dei, aby zmienili swoje palny zawodowe. Byli to don Pedro Casciaro i don Francisco Botella. Zamierzali zostać architektami, a Założyciel podpowiedział im, aby wybrali raczej kierunek studiów związany z naukami ścisłymi, ponieważ wymaga on mniej czasu. W ten sposób byli bardziej dyspozycyjni, aby podjąć na nowo działania apostolskie po przerwie wymuszonej hiszpańską wojną domową. Pozostawił im oczywiście wolność wyboru, zakładając, że zmiana kierunku studiów nie będzie dla nich niekorzystna, a oni zaakceptowali. Nigdy więcej wobec nikogo nie uczynił nawet najmniejszej sugestii dotyczącej jakiejkolwiek zmiany. Tak bardzo cenił osobowość swoich córek i synów, że w sprawach wymagających opinii, mówił do nas z naciskiem: Nie musicie myśleć tak jak ja!
- Mam wrażenie, że ten szacunek, jaki przejawiał wobecindywidualnej osobowości każdego z członków Opus Dei, i wsparcie, jakim ich obdarzał, wyrażało się w jego prostych aktach zaufania kierowanych do nich. Na tym właśnie w dużej mierze opiera się specyficzność mentalności świeckiej, którą określił w tak żywych słowach, przytaczanych w książce „Rozmowy z Pralatem Escriwą”, 117.
Od razu, gdy kogoś poznał, okazywał mu swoje wielkie zaufanie, na równi z tymi wszystkimi, którzy podchodzili do niego, aby prosić radę czy ukierunkowanie. W swoim zachowaniu inspirował się taką zasadą: Wolę, aby mnie ktoś wprowadził w błąd, niż gdybym miał zranić kogokolwiek, kto się do mnie zwraca. I tak to uzasadniał: Jeśli Pan, pomimo całej mojej osobistej nędzy, która jest tak wielka!, obdarza mnie zaufaniem, to również ja muszę postępować w taki sam sposób z wszystkimi duszami, a bardziej jeszcze – jeśli to możliwe – z moimi dziećmi.
Przed nami św. Escrivá otwierał swoje serce i przedstawiał nam swoje troski, abyśmy go wspierali modlitwą. Oczywiście, o problemach mówił w różny sposób, mając zawsze na uwadze tego, kto go słucha. Nie manipulował żadną tajemnicą, ale to logiczne, że przez nadprzyrodzoną roztropność starał się pewnymi sprawami nie zasmucać ani nie niepokoić osób dostatecznie jeszcze nie uformowanych czy nieprzygotowanych do ich zrozumienia.
Tę postawę otwartości starał się rozwijać w swoich dzieciach, między innymi dlatego, że kierowanie Opus Dei opiera się na zaufaniu, które każdej osobie zapewnia bezpieczeństwo. Ponadto, ponieważ chodzą samopas, jak mawiał Założyciel, to znaczy pracują i przebywają tam, gdzie chcą, jeśli zatem to zaufanie nie byłoby rzeczywiste, ugruntowane w wyniku formacji, wówczas zabrakłoby skuteczności apostolskiej. Św. Escrivá przytaczał porównanie do kaczek, które uczą się pływać pływając. Podkreślał, że właśnie w taki sposób pracuje się w Dziele: daje się formację, a potem z ufnością, że osoby te będą wierne Bogu i swojej drodze powołaniowej, rzuca się je w wir apostolskich zadań.
Chciał, aby taką wolność posiadały wszystkie dusze, także dzieci. Wielka była jego radość, kiedy w pierwszej szkole, którą otworzyli członkowie Opus Dei, pośród myśli przewodnich Szkoły, znalazła się następująca: „Niech mowa wasza będzie: tak, tak; nie, nie”, aby było jasne dla młodzieży, że wierzy się im na słowo.
W 1955 roku przywołał raz jeszcze podstawowe zasady kierownictwa duchowego: W Dziele zaufanie jest zawsze fundamentem naszego współżycia. Dyrektorzy mają pełne zaufanie do swoich braci i nie występują nigdy wobec nich w funkcji prokuratorskiej czy kontrolerów. A moje dzieci umieją znajdować oparcie w dyrektorach, otwierając przed nimi swoją duszę, zawsze gdy jest to konieczne, z całkowitą szczerością i pełnym zaufaniem. Nigdy nie zapominają, że dyrektorzy – ich bracia – są po to, aby ich wspierać w walce duchowej, aby oddawać swoje życie, wspaniałomyślnie i z miłości, za pusillus grex („małą trzódkę”; Łk 12, 32), która została im powierzona. Jeżeli będziecie żyć każdego dnia według tego ducha, jestem pewien, że mój następca, który poprowadzi Dzieło po mnie, podejmując ten błogosławiony ciężar, będzie was kochał coraz więcej. Odnajdzie radość, że można kochać zawsze jeszcze bardziej.
- Ksiądz cieszył się tą wolnością, odpowiedzialnością i zaufaniem ponadto jako bezpośredni współpracownik Założyciela Opus Dei, począwszy od lat pięćdziesiątych.
Przekonałem się o całkowitym jego zaufaniu, jakim obdarzał swoich współpracowników od samego początku. Nie przeszkadzały mu nasze pomyłki, ale domagał się od nas walki z rutyną czy konformizmem. Wymagał ducha nadprzyrodzonego, skupienia, troski o dobro innych i kończenia swojej pracy z przekonaniem, że Panu nie można ofiarować partaniny.
Zwracając się do mnie podkreślał, że nie mogę wykonywać żadnego zadania widząc je tylko po ludzku, a jeszcze bardziej z chęcią przypodobania się jemu, ponieważ jest to strata czasu. Dlatego powtarzał mi, że nie ma żadnego problemu w tym, że zrobię jakąś uwagę, czy wskazówkę, która wyda mi się odpowiednia. Z drugiej strony wyraźnie dziękował mi, kiedy wyświadczałem mu nawet najmniejszą przysługę, jak rozpakowanie paczki, przyniesienie jakiegoś dokumentu lud odnalezienie jakiejś dokumentacji. Wyczuwało się, że jego wdzięczność była szczera i serdeczna, nie były to słowa ani banalne ani sztuczne.
Stwarzał wokół siebie autentyczną atmosferę zaufania, ponieważ – jak nas uczył - członkowie Opus Dei nie powinni się nikogo bać, nawet samego Boga, ponieważ jest naszym Ojcem. I dodawał: Bać się dyrektorów czy Ojca to pokusa, którą należy natychmiast odrzucić.
W Siedzibie Centralnej przez wiele lat mieszkała – w dużej ciasnocie – setka osób. Czasami św. Escrivá napotykał kogoś, kto nie przebywał tu na stałe ani nie pracował w tej siedzibie. Gdy zainteresowany usiłował wytłumaczyć przed nim swoją obecność, mówiąc: „Ojcze, jestem tu, ponieważ...”, przerywał mu z miłością: Nie tłumacz się, mój synu. To jest twój dom i mam absolutną ufność, że wykonujesz swój obowiązek.
Z prawdziwie nadprzyrodzoną roztropnością opierał swoje kierownictwo na fundamencie ufności, to znaczy: nie wątpił w uczciwość intencji innych, w ich dobrą wolę, w odpowiedzialność, z jaką wykonują swoje funkcje. Starał się, aby każdy podejmował decyzje samodzielnie, bez ponaglającego pilnowania, które pozbawia wolności. Jeśli ktoś się pomylił, starał się go wyprowadzić z błędu, bez pośpiechu, w swoim czasie. Z doświadczenia wiem, że wszyscy chętnie pracowali przy Założycielu Opus Dei.
- Chociaż rozumie się to samo przez się, uważam jednak za potrzebne, aby przywołać tu inny aspekt, wcale nie mniej ważny, a mianowicie: wolność wyboru spowiednika.
Od początku Opus Dei nie znajdował najmniejszej niestosowności w tym, żeby osoby, z którymi na co dzień obcował, jak i te, które zdecydowały się należeć do Dzieła, przystępowały do sakramentu spowiedzi korzystając z posługi innych kapłanów. Był wdzięczny za delikatność, z jaką te osoby otwierały przed nim swoje dusze w ufnych zwierzeniach poza spowiedzią, i ta szczerość skłaniała go do pewności, że pozostaną wierni. Osobiście poszukiwał kapłanów, którzy by słuchali ich spowiedzi, i okazywało się – sami kapłani o tym mówili – że dzięki obcowaniu z tymi duszami stawali się jeszcze bardziej gorliwi w swoim kapłańskim powołaniu.
Wszystkim, którzy prosili go o kierownictwo duchowe, aby nie czuli się tym jakoś zniewoleni, od czasu do czasu podpowiadał: Dziś idź spowiadać się do innego kapłana. Nie chciał dopuścić, aby przywiązali się do jego osoby jako kierownika duchowego, a także ze swej strony chciał pozostać całkowicie oderwany od dusz. Przypominał im, że powinny się czuć zawsze wolne – jak ptaki, które lecą do miejsc, które im się najbardziej podobają – aby odnaleźć wsparcie, pokarm i nadprzyrodzony odpoczynek, najbardziej właściwy.
W 1956 roku pewna kobieta z Opus Dei, Guadalupe Ortiz de Landázuri, przebywająca w jakimś ośrodku Dzieła w Rzymie, poczuła się bardzo źle. Założyciel wiedząc, że choroba jest nieprzewidywalna, pomimo że lekarze zapewnili, że nie istnieje niebezpieczeństwo śmierci, zobowiązał nas, don Severino Monzó i mnie, abyśmy byli przygotowani w każdym momencie dnia i nocy do udzielenia jej ostatniego namaszczenia. Prosił też osoby, które się nią opiekowały, aby natychmiast nas zawiadomiły, gdy tylko będzie to konieczne.
W obecności księdza Álvaro del Portillo osobiście przedstawił tej swojej córce sytuację, w jakiej się znajdowała. Dodając, że jeśli w jakimś momencie poczuje się źle, niech bez względu na porę dnia czy nocy powiadomi o tym, aby można jej było udzielić sakramentu, jeśli oczywiście wyrazi takie życzenie. Zawsze zostawiał tę wolność, ale wzbudzał tak wielką miłość i nadzieję, że chorzy usilnie prosili o udzielenie sakramentu, z gorącym pragnieniem ostatecznego zjednoczenia się z Bogiem.
- Wydaje mi się, że za dowód świętości życia księdza Prałata Escrivy, wystarczyłby fakt doprowadzenia do kapłaństwa tysiąca osób. Ale i w tej kwestii pojawia się problem wolności.
W latach pięćdziesiątych, zarażając nas swoją wiarą i nadzieją mówił, że jeżeli nawet kilku ludzi przesiąknie duchem Dzieła, rozwinie się ono na cały świat. Kiedy oznajmiliśmy mu, że jesteśmy gotowi do przyjęcia święceń kapłańskich, z naciskiem zaznaczył: Dzieci moje, jeśli mowa o kapłaństwie - niech żyje wolność! Dzieło potrzebuje kapłanów. Ale nawet w najmniejszym stopniu potrzeba ta nie może zaważyć na czyjejś decyzji. Dla nikogo nie może to być jakimkolwiek przymusem. Takiego Opus Dei chciał Pan w 1928 roku. I powtórzył, że wybór stanu duchownego wcale nie świadczy o większym oddaniu. Podkreślił wręcz, że tak samo oddani są ci, którzy nie pragną zostać kapłanami, ale uświęcają się rzetelnie wykonując swoje obowiązki zawodowe.
Jak wiadomo w Opus Dei Prałat przedstawia możliwość przyjęcia święceń członkom, którzy spełniają określone warunki. Św. Escrivá w mojej obecności zwracał się z tą właśnie propozycją do niektórych członków Opus Dei pewnych osób, którzy nie mieli nic przeciwko, żeby przy mnie rozmawiać na ten temat. Zazwyczaj zainteresowani już wcześniej oznajmiali Założycielowi swoją wolną decyzję przyjęcia święceń. On z kolei wyjaśniał im, że kapłan przede wszystkim musi dążyć do świętości. Powinien być osobą światłą, pokorną, radosną, wysportowaną, gruntownej wiedzy. Chcąc im pomóc w dogłębnym przemyśleniu decyzji dodawał zazwyczaj: Nie dawaj mi teraz odpowiedzi. Rozważ ją bez pośpiechu na modlitwie i odpowiedz mi zgodnie z własnym sumieniem. Nie myśl, że jesteś w jakikolwiek sposób zobowiązany tym, co powiedziałeś mi teraz, ponieważ sprawisz mi taką samą radość, jeśli będziesz kontynuował swoją pracę w Dziele jako osoba świecka.
Kiedy wraz z kilkoma członkami Opus Dei opuściliśmy Rzym 30 czerwca 1955 roku i udaliśmy się do Madrytu, by przyjąć święcenia kapłańskie, jeszcze raz zwrócił się do nas w tej sprawie: Podejmijcie tę decyzję w sposób wolny i całkowicie odpowiedzialny. Jeśli przed święceniami subdiakonatu, czy przed którymikolwiek niższymi święceniami stwierdziliście, że mierzi was podjęta decyzja, powiedzcie mi o tym z całkowitą wolnością. Nie będzie to wcale o was źle świadczyło. Wręcz przeciwnie.
Takie nastawienie – wolne od wszelkiego przymusu – popierał także w realizowaniu przedsięwzięć apostolskich, pozwalając aby każdy członek Dzieła mógł przedstawić swój punkt widzenia, dotyczący realizacji zadania. W ten sposób mogły rozwinąć się różnorodne formy działalności, podejmowane przez każdego w prawdziwej wolności i z pełną odpowiedzialnością. Był to owoc głębokiego zaufania Założyciela i dyrektorów Opus Dei do każdego z członków Dzieła.
- W tym kontekście wolność w kwestiach podlegających opinii i w sprawach doczesnych, staje się oczywista. Niektórzy jednak sprzeciwiają się wolności członków Opus Dei, podobnie jak sprzeciwiają się żyjących zgodnie ze swoją wiarą. Sprzeciw ten wynika z przesądu, według którego katolik jest fanatykiem i fundamentalistą, i jako taki nie może być wolny.
Założyciel Opus Dei wielokrotnie z mocą powtarzał, że wolność jest podstawową cechą człowieka. Kochał ten dar Boży i zawsze zdecydowanie przedstawiał się jako nieprzejednany wróg wszelkiej przemocy: Jeśli ktokolwiek, w imię prawdy czy jakiejś doktryny, stosuje jakąkolwiek metodę przymusu, przeciwko choćby tylko jednej osobie, moim pierwszym odruchem jako kapłana, chrześcijanina, człowieka, będzie stanięcie po stronie poniżonego i pogardzanego. Chrystus bowiem przyszedł po to, aby zbawić i ogłosić prawdziwą naukę opartą na miłości, w imię której oddał swoje życie. Jego nauka nie pozwala na zadawanie gwałtu wolności czy sumieniu kogokolwiek.
W Rzymie, gdy był pytany, co sądzi o problemach polityki włoskiej, odmawiał odpowiedzi wyjaśniając, że jako kapłan jest otwarty na wszystkich bez względu na różnicę polityczną. Nie chciał ani nie mógł wydawać żadnych opinii, żeby nie stwarzać barier wobec kogokolwiek. Ponadto wyjaśnił, że powstrzymuje się od mieszania w sytuację polityczną kraju, ponieważ nie jest to jego rolą z ze względu na funkcję, jaką pełni będąc na czele instytucji uniwersalnej, która rozwija swoją działalność w najróżniejszych systemach politycznych.
Tak jak to robił wcześniej w Hiszpanii, tu również nigdy nikogo nie zagadywał, w jakiej jest partii, czy kogo popiera. W tym względzie nie tolerował nawet najmniejszego żartu czy aluzji. Kiedy był czas wyborów, radził zawsze, aby słuchano autorytetów kościelnych danego kraju – jeśli się w ogóle wypowiadają na ten temat – które są osobami kompetentnymi.
Oczywiście przyjmował osoby, które brały czynny udział w życiu publicznym, a jeśli pytały go o opinię na temat spraw politycznych, odpowiadał im, że nigdy nie w tych kwestiach nie wypowiada swojego zdania. Nie przestawał natomiast nauczać, że katolik nie powinien uczestniczyć w niczym, co przeciwstawia się prawu Bożemu czy nauczaniu Kościoła. Jeśli usiłowano namówić go, aby wskazał jakąś orientację polityczną swoim dzieciom, odpowiadał zdecydowanie, że w tych sprawach dyrektorzy Opus Dei nie mogą wpływać na innych członków ani na tych, którzy uczestniczą w środkach formacyjnych. Nie jest zadaniem Dzieła mieszania się w sprawy, które Pan pozostawił wolnym wyborom ludzi.
Ustalił, aby członkowie Opus Dei, którzy odgrywają jakąś rolę w życiu publicznym, nie zamieszkiwali w ośrodkach, w których dyrektorzy z danego kraju czy rejonu, aby w ten sposób uniknąć nawet najmniejszego cienia podejrzeń, że mogliby mieć wpływ na ich orientację. Również jasno postawił sprawę, że żaden członek Dzieła nie jest zobowiązany do posłuszeństwa dyrektorom, gdyby w nieprawdopodobnym domyśle któremuś z nich przyszło na myśl wydać wskazówki odnośnie tych spraw, które nie leżą w ich kompetencji. Pewnego razu będąc przejazdem w Madrycie, jak zwykle miał zamiar mieszkać w siedzibie rady regionalnej Hiszpanii. Dowiedziawszy się przypadkowo, że w tym samym czasie będzie tam przebywał ambasador reprezentujący Hiszpanię we Wspólnocie Europejskiej, członek Opus Dei, przypomniał dyrektorom, że ta osoba powinna przeprowadzić się do innego ośrodka.
Naturalnie Założyciel nie przestał przyjmować i duchowo wspierać członków Opus Dei z różnych krajów, którzy w sposób wolny i z pełną odpowiedzialnością zdecydowali się brać czynny udział w życiu publicznym. Jestem świadkiem, że nigdy tych osób nie wyróżniał w jakiś szczególny sposób. Pokazywał tym, że zarówno jako Generalny Prezydent, Ojciec, Dyrektor czy kapłan traktuje ich na równi z innymi. Był zainteresowany przede wszystkim uświęceniem się ich dusz poprzez pracę zawodową, dlatego potrzebowali takiej samej formacji jak inni. Nigdy jednak nie wkraczał w meritum ich pracy.
Co się tyczy jego osobistych przekonań politycznych,
powtarzam, że nie wypowiadał ich publicznie. W rozmowach, które prowadził ze
swoimi synami, celowo nigdy nie wyjawiał swoich preferencji co ugrupować
politycznych, aby nikt w najmniejszym stopniu nie poczuł się do czegoś
przymuszony lub by nie pomyślał, że należy – aby w jakiś sposób – przed
podjęciem działalności czy decyzji, uzyskać na ten temat opinię Założyciela Dzieła.
A jeśli ktoś zamierzał uzasadniać mu, dlaczego myśli czy działa w taki czy inny
sposób, przecinał krótko, z miłością, lecz stanowczo: Nic więcej mi nie mów,
ponieważ jesteś w tym wolny, i mnie to nie interesuje. Masz pamiętać o Bogu i
działać, przyjmując na siebie całkowitą odpowiedzialność za to, co robisz, z
myślą o służbie ojczyźnie zgodnie z twoimi osobistymi przekonaniami.
| < Poprzednia |
|---|







