Polecam

ekai.pl/blogi/ksignacy

Blog księdza z Opus Dei z Poznania

Ks. Ignacy Soler

Ks. dr Ignacy Soler, urodzony w Alcañiz, w Hiszpanii (1955). Na Uniwersytecie Complutense w Madrycie ukończył studia matematyczne (1977). Stopień naukowy doktora nauk teologicznych uzyskał w 1983 na Uniwersytecie Navarry w Pamplonie. W 1981 został wyświęcony na kapłana prałatury personalnej Opus Dei. Od 1994 mieszka w Polsce.

Na OpusDei.pl
Opus Dei - Szukając Boga w życiu codziennym
Opus Dei jest prałaturą personalną Kościoła katolickiego. Założył je w 1928 r. św. Josemaría Escrivá. Jej zadanie polega na przekazywaniu innym, że praca i zwykłe okoliczności są okazją do spotkania z Bogiem, do służenia innym i do poprawy społeczeństwa.
Opus Dei - Szukając Boga w życiu codziennym
Szuflada Warto przeczytać Budowa społeczeństwa sprawiedliwego
REKLAMA
Reklama

PostHeaderIcon Budowa społeczeństwa sprawiedliwego



Fragment książki Julio de la Vega Prowizja, prezenty czy przekupstwo?


      Nie jest celem tego rozdziału przeprowadzenie teologicznego studium na temat zmiany rozumienia terminu tak zwanego „pośredniego ochotnika”. Jednakże jest pewien aspekt, na którym warto się zatrzymać, ze względu na wpływ, jaki ma na omawiany tutaj temat. Chodzi o to, co odnosi się do kontekstu działania. Jest prawdą, że istnieje dzisiaj wiele teorii moralnych, które przeceniają kontekst czynu w takim sensie, że osądza się moralność działania biorąc pod uwagę tylko uczciwość intencji i kontekst i nie przyznając tym samym podstawowej wartości działaniu samemu w sobie. Zapomina się przy tym, że istnieją złe działania, których nie może usprawiedliwić żaden kontekst. Jednakże jest również prawdą, że w minionych wiekach wahadło często wychylało się za bardzo w drugą stronę, tak że dążono tylko do oceny izolowanego aktu dzieląc w ten sposób życie ludzkie na kawałki. Jednakże kontekst nabiera znaczenia, kiedy w grę wchodzą takie aspekty jak potrzeba oceny (wolę nie używać wyrazu „miara”, mającego sens, ale który można łatwo rozumieć jako odniesienie do matematyki) konsekwencji działań, jak dzieje się w przypadkach, które zakładają współpracę z cudzym złem.
      To, do czego dąży się w poprzednich rozważaniach, to zwrócenie uwagi na fakt, że kiedy ktoś jest ofiarą wymuszenia, nie należy myśleć, że zakłada to współpracę wyłącznie ze złym działaniem: zakłada również w dużej liczbie przypadków, prawdopodobnie w większości przypadków, współpracę ze złą sytuacją. Izolowany przypadek korupcji na małą skalę nie zakłada bardzo poważnej szkody dla dobra wspólnego, chociaż może je spowodować wobec którejś ze stron. Nie byłoby zatem czymś niewłaściwym osądzenie konsekwencji czynu tylko w zależności od czegoś, co ten czyn powoduje dla bezpośrednio dotkniętych nim stron. Jednakże dobrze wiadomo, że korupcja pociąga za sobą korupcję tak, że w końcu opanowuje całe sektory administracji i handlu, a nawet życia gospodarczego całego narodu. Między innymi, takie sytuacje sprawiły, że Kościół użył ostatnio takich terminów jak „grzeszne struktury” albo „grzechy społeczne”, chociaż rozumie się dobrze, że nie pragnie się tutaj wprowadzić bezosobowego pojęcia grzechu. Nie chodzi o to, żeby przejść do rodzaju strukturalizmu. Te sytuacje powstają z powodu nagromadzenia niesprawiedliwości popełnionych przez konkretne osoby, a zatem z grzechów osobistych.
      Nie chodzi o problem w niewielkiej skali. Na nieszczęście rzeczywistość pokazuje, że korupcja jest dość rozpowszechnionym zjawiskiem. Nie jest nowością w krajach mniej rozwiniętych, gdzie czy to przy reżimie dyktatorskim, czy w warunkach raczkującej demokracji bardziej formalnej niż rzeczywistej, częste jest, że rządzący nie do końca odróżnia swoją prawdziwą pozycję i pozycję właściciela gospodarstwa (kraju, rządzonego terytorium, konkretnej sfery władzy, itd.), czyli najwyższy urzędnik pierwszy daje zły przykład, wierząc, że ma prawo „doić krowę” i zbierając sobie za granicą fortunę na wypadek zmian politycznych. „Kupuje” sobie także lojalność swoich podwładnych pozwalając im bogacić się na tym procederze. Zwykle występuje to wszystko naraz a dochodzi do tego tradycja źle opłacanych urzędników – oczekuje się, że „zrekompensują” to sobie na własny rachunek, co stwarza powszechną korupcję i przyzwyczaja społeczeństwo do jej tolerowania.
      Z krajów najbardziej rozwiniętych spoglądano na to wszystko z pogardą, mimo że z przyczyn politycznych czasami na to przyzwalano, zwłaszcza w czasie tak zwanej „zimnej wojny”. Chodzi o ustroje demokratyczne, gdzie dochodzi do rzeczywistej zmiany władzy po wolnych wyborach i istnieje mechanizm kontroli nad władzą publiczną. Jednakże istnieje pięta Achillesowa systemu, który w dużej liczbie krajów wyzwolił korupcję: finansowanie partii politycznych. Demokracja nie jest bezpłatnym darem. Jest to system o niewątpliwych gwarancjach, ale kosztowny dla kraju, ponieważ machina partii politycznych, a przede wszystkim propaganda wyborcza kosztują kraj ogromne sumy pieniędzy, przede wszystkim mając na uwadze dużą liczbę wyborów, które mają miejsce. A zatem problem polega na tym, że pieniądze muszą skądś wychodzić. Istnieje pewna przewidziana subwencja, ale pokrywa ona tylko niewielką część wydatków. Zaczyna się zatem uważać, że to co nieprzewidziane należy w jakiś sposób przewidzieć i wierząc, że społeczeństwo musi wspierać system, tworzy się „podatek” na marginesie prawa pobierając prowizje od takich rzeczy jak roboty publiczne. Jednakże pozostawanie na marginesie prawa jest już drobną korupcją, a co gorsza, początkiem poważnej korupcji, która zaczyna się upowszechniać. Same partie mają już zamknięte usta, żeby ujawniać nadużycia pozostałych partii, za wyjątkiem sytuacji, kiedy uważają się za dość sprytne, żeby ukryć własne operacje i żeby ujawniać osobiste wzbogacenie się dzięki tak uzyskanym pieniądzom. Ogółem klasa polityczna daje najgorszy przykład, który szybko jest naśladowany przez urzędników, a ogółem przez wszystkich, którzy mogą go naśladować. Przy tym, nie można tracić z pola widzenia faktu, że w głębi główną przyczyną korupcji jest niska kondycja moralna narodu, to znaczy ogółem rzecz biorąc, ludzi, którzy go stanowią. Inaczej mówiąc, problem nie jest sam w sobie strukturalny, chociaż ma swój aspekt strukturalny, tylko moralny. Dlatego uzdrowienie kraju nie może odbyć się tylko dzięki zmianom strukturalnym opartym na grupie ekspertów. W związku z tym istnieją stosowne zalecenia i są one trafne: należy rozwiązać w świetle publicznym problem finansowania partii politycznych, mieć dobrze opłaconych urzędników, przejrzystość w decyzjach uznaniowych i skuteczną kontrolę ze strony niezależnych organizacji, odpowiednich do tego i mających zdolność nakładania stosownych kar. Jednakże należy stanowczo stwierdzić, że nawet te środki są skuteczne, kiedy wprowadza się je w kontekście uzdrowienia moralnego, kultury odzyskującej szacunek dla sprawiedliwości, a w najwyższej instancji, cnoty. Doskonalenie systemu jest bardzo dobre, ale przede wszystkim konieczne jest doskonalenie osób, ponieważ jest utopią myślenie o równowadze egoizmów, która uniemożliwiłaby korupcję w społeczeństwie. Innymi słowy uczciwość upada tam, gdzie narzuca się materializm, który przekłada się na kult pieniądza.
      A zatem nigdy nie brakuje osób uczciwych we wszystkich społeczeństwach. Problem polega na tym, że mogą się znaleźć pośród skorumpowanych struktur, skąd trudno jest uciec. Stąd, żeby uniknąć uwikłania, wbrew swojej woli, w tę strukturę, potrzeba czasu i doświadczenia, gdyż nie ma innego wyjścia, żeby utrzymać się i utrzymać przedsiębiorstwo, niż płacenie prowizji, których się od nich żąda, w warunkach analizowanych w poprzednich rozdziałach. A zatem, ten kto by się znalazł w takiej sytuacji, powinien mieć na uwadze, że konformistyczna rezygnacja staje się w końcu synonimem współudziału. Jest rzeczą wygodną ograniczenie się do osobistej skargi, a równocześnie po prostu dostosowywanie kosztów i cen, żeby przystosować się do nowej sytuacji. Oprócz tego nie próbuje się robić nic więcej, dlatego że choćby ktoś nie chciał tej sytuacji, tym bardziej nie chce „komplikować sobie życia”. Jest rzeczą wygodną i egoistyczną oraz równocześnie jednym z filarów, na których opiera się sytuacja rozpowszechnionej korupcji. Zawsze tak było: wielkie niesprawiedliwości społeczne miały wsparcie w powszechnym tchórzostwie masy osób pokrzywdzonych. Było również stałą zasadą, że odwaga nielicznych zdecydowanych była decydującym czynnikiem, żeby je wykorzenić.
      Kiedy zaznaczaliśmy, że w sytuacjach jak te, trzeba było, przydać bardziej „dynamiczny” sens doktrynie tak zwanego „pośredniego ochotnika”, sens, który właśnie został określony. Nie chodzi tylko o „legalność” w płaceniu haraczu, tylko równocześnie o potrzebę walki z tą sytuacją, chociaż tymczasem osiąga się coś, nie będzie innego sposobu niż poddawać się niesłusznym żądaniom kontrybucji. To jest dynamizm – walka czy współudział. Zwykła bierność jeżeli nie jest tym pierwszym, staje się tym drugim. Czy nie można by również sformułować tego w ten sposób: „walczysz czy odchodzisz?” Walczyć albo porzucić działalność zmieniając ją na inny sektor, gdzie działalność zawodowa nie napotyka na problemy tego typu, chociaż na zmianie zyska się mniej, co nie oznacza braku zasługi. Kilkadziesiąt lat temu ten dylemat przedstawiano w taki sposób. Idea polegała na tym, że dżentelmen nie brudzi sobie w żaden sposób rąk sprawami tego typu i w związku z tym jego uczciwość wymagała od niego, żeby odszedł gdzie indziej, tam, gdzie mógłby dać przykład całkowitej uczciwości. Chodzi o to, że tym, czego domaga się społeczeństwo, są wzory całkowitej uczciwości tam, gdzie spotyka się takie problemy. Innymi słowy: taka postawa powodowała, że całe sektory społeczeństwa o pierwszorzędnym znaczeniu pozostawały w rękach osób mało uczciwych. Jest to poważne osłabienie społeczne i dlatego stanowi powód dostatecznej wagi, żeby pozostać tam, gdzie ktoś jest, nawet kosztem tego, że czasami trzeba przejść przez współpracę ze złem, co zakłada płacenie sumy narzuconej przez tego, kto niesprawiedliwie nadużywa pozycji dającej przewagę.
      Kiedy pisałem ten tekst, wydano właśnie adhortację apostolską Jana Pawła II Kościoł w Ameryce na zakończenie ostatniego synodu biskupów Ameryki. Są w niej niektóre interesujące odniesienia do naszego tematu. Wskazuje korupcję, która obejmuje kilka dodatkowych aspektów spośród tutaj omawianych, jako „poważny problem, który należy uważnie rozważać” (23). „Korupcja – mówi dalej – bez granic dotyka osób, struktur publicznych i prywatnych władzy i klas rządzących. Chodzi o sytuację, która sprzyja bezkarności i nielegalnemu wzbogaceniu się, brakowi zaufania w odniesieniu do instytucji politycznych, przede wszystkim w dziedzinie sprawiedliwości i inwestycji publicznych, nie zawsze jasnych, równych i skutecznych dla wszystkich. W tym celu pragnę przypomnieć (…), że plaga korupcji musi być ujawniona i zwalczana z odwagą przez tych, którzy sprawują władzę i przy wspaniałomyślnej współpracy wszystkich obywateli podtrzymywanych silną świadomością moralną” (23, cytując niektóre wnioski Synodu). Cytowana adhortacja nawiązuje do walki, którą należy podjąć i wskazuje dwa niezbędne wymogi: odwagę i mocną świadomość moralną. Jest również rzeczą interesującą obserwacja, w jaki sposób wskazuje, że w tej sprawie odpowiedzialność jest zróżnicowana. Jest większa u osób zajmujących stanowiska, na których mogą decydować i oskarżać, ale dotyczy każdego. Każdy obywatel ma swój udział we wznoszeniu sprawiedliwego ładu społecznego. Równocześnie, te same terminy, którymi się wyraża, poza jakimś wyraźnym wskazaniem, ujawniają, że nie stajemy wobec wymagań szczególnie chrześcijańskich, tylko wobec wyzwania dla każdego człowieka dobrej woli.
      Jest jasne, że wszystkie te rozważania na temat tego, co należy zrobić, nie rozwiązują podstawowego problemu, a mianowicie: jak to należy zrobić. Wydaje się, że stajemy wobec współczesnej wersji walki Dawida z Goliatem. Zwłaszcza kiedy korupcja sięga do osób dzierżących władzę, ujawnia się panorama, w której środki znajdują się po stronie osób skorumpowanych. Od najbardziej bezczelnej arbitralności w reżimach autorytarnych do subtelnego, ale skutecznego środka prawnego ustanowionego w niektórych krajach demokratycznych, zgodnie z którym karze się zarówno wymuszającego jak i tego, od którego wymuszano (poza trudnością udowodnienia, że jest się na tej drugiej pozycji), wobec czego oskarżenie staje się prawie niemożliwe bez samopoświęcenia. Jednakże fakt, że jest trudno, nie oznacza, że jest to niemożliwe. Ewidentnie staje się konieczna odrobina sprytu młodego Dawida, który wygrał wbrew przepowiedni; odrobina sprytu, której Jezus domaga się od chrześcijan w przypowieści o nieuczciwym rządcy, gdzie jest ukryta pewna skarga. Chodzi mianowicie o to, żeby sprawiedliwi umieli używać sprytu i zdecydowania w celu czynienia dobra, tak jak niegodziwi używają go do czynienia zła. W cytowanej adhortacji apostolskiej Papież razem z biskupami wyraża stosowne wezwanie: „Oczekuje się od świeckich wielkiej siły twórczej w gestach i działaniach wyrażających życie spójne z Ewangelią” (44).
      Oczywiście, nie jest rzeczą prostą określenie tego, co można albo powinno się zrobić w określonym przypadku. Po pierwsze, jest oczywiste, że jednej niemoralności nie można naprawić przy pomocy drugiej. W ten sposób usuwa się wszelkie „rozwiązania” proponujące niemoralne środki jak kłamstwo, fałszywe świadectwo, kalumnia, tajne „dossier”, w którym gromadzi się wstydliwe aspekty czyjegoś życia prywatnego… Nie odrodzi się społeczeństwa przy pomocy nieczystej gry. Po drugie, ostrożność, powinna określić skutki jakiegoś działania, gdyż nikt nie ma obowiązku niszczenia swojej pozycji, wolności, rodziny albo przedsiębiorstwa. Kiedy doszliśmy już do tego punktu, należy zrobić pewne wyjaśnienie. Ostrożność nie oznacza ani nie może być tłumaczona jako bojaźliwość. Nie ulega wątpliwości, że taka walka wymaga zdrowej i rozsądnej odwagi, co zakłada poniesienie jakiegoś określonego ryzyka. Bardzo często za przewagą –tego, kto wykorzystuje swoją pozycję kryje się tchórzostwo, które załamuje się wobec tego, kto stawi mu czoła, dając tej osobie do zrozumienia w taki czy inny sposób, że nie jest gotów poddać się bez walki jego nadużyciom. Doświadczenie pokazuje tutaj, że życie chrześcijańskie stanowi w tym wypadku wsparcie niemalże nie do zastąpienia. Faktycznie, kiedy życie duchowe jest słabe, człowiek pozwala, żeby opanowało go przywiązanie do rzeczy ziemskich, z czym wiąże się strach przed ich utratą, a to wywołuje pesymizm. Pesymizm osoby, która widzi tylko przeszkody i ustępuje natychmiast wobec myśli, że nic nie można zrobić, dlatego że „nikt” nie jest gotów się wysilić, aby stan rzeczy uległ zmianie.
      Spryt nie zna granic i dlatego nie można przygotować listy tego, co można zrobić, ale można wspomnieć kilka przykładów. Po pierwsze znalazłoby się tutaj to, co można nazwać „rozwiązaniem połowicznym”. Są to przypadki, w których nie przerywa się całkowicie niesprawiedliwości, ale przynajmniej zmienia się jej bieg w taki sposób, że pieniądze, o które chodzi, nie znajdą się w prywatnych kieszeniach, tylko zostaną wykorzystane dla dobra wspólnego. Załóżmy, że firma budowlana chce rozpocząć prace nad osiedlem. Wiedząc, jak wyglądają sprawy (jak źle, oczywiście), uprzedza wymogi gminne dotyczące prowizji, spotyka się z burmistrzem i mówi mu, że na części terenu jest gotowa zorganizować park publiczny, a władze miejskie będą mogły go otworzyć i „zarobić plusa” u wyborców. Sprawi w ten sposób, że będzie to wyglądało jak dzieło władz gminnych, podczas gdy w rzeczywistości nie wydadzą one na to ani grosza ani nawet nie przedstawiły takiego pomysłu, ale gdyby próbowały domagać się niesprawiedliwie jakiejkolwiek innej rzeczy, zamiast parku, będą mieć problem, dlatego że jest gotów powiedzieć otwarcie, co się stało. Logicznie rzecz biorąc, koszt parku zrównoważyłoby wydatek na przewidywaną prowizję. Niewątpliwie nie jest to najbardziej sprawiedliwe rozwiązanie, ale może być jedynym możliwym środkiem łagodzącym gorszą niesprawiedliwość, której się dzięki temu unika. Okazuje się, że nie jest czymś skomplikowanym pomyśleć o analogicznych środkach dla innych rozwiązań.
      Tak dzieje się na szczeblu lokalnym, gdzie zwykle są większe możliwości powodzenia w walce z korupcją. Czasami skuteczne jest zagrożenie w jakiś sposób upublicznieniem sprawy, żeby zatrzymać wymuszenie. Może również się przydać znajomość w lokalnych środkach masowego przekazu i prośba, żeby umieszczono delikatną aluzję w lokalnej gazecie, jak na przykład fakt, że poziom życia niektórych ludzi władzy, bez podawania nazwisk, nie odpowiada ich pensji albo że gazeta zamierza sprawdzić, dlaczego mieszkania w tej miejscowości kosztują więcej niż w innych albo po prostu dlaczego tyle kosztują. Jest oczywiste, że wielokrotnie, żeby móc coś zrobić, trzeba zużyć czas i wysiłek na nawiązywanie kontaktów, ale nie znajdujemy się w łatwej sytuacji i trzeba się z tym liczyć. Czasami, może być dobrym rozwiązaniem pozwolenie na wymuszenie, ale przy zastosowaniu środków tak, żeby nie pozostało to bezkarne w przyszłości. A zatem, można zapłacić, próbując zgromadzić dowody celu, na jaki się płaci, włącznie z notarialnym potwierdzeniem celu, na jaki jest przeznaczony czek i czekać, aż sprawa ulegnie przedawnieniu. Można wówczas wysunąć oskarżenie o coś, co nie pociągnie za sobą kary sądowej, ale polityczną. Firma budowlana nie staje do wyborów, radny owszem. Oczywiście, wobec kogoś nastawionego tak bojowo, nie będzie wielu funkcjonariuszy bez silnego poparcia, którzy zaryzykowaliby w przyszłości próbę wymuszenia ze względu na to, co się może stać.
      Jeśli chodzi o to, co moglibyśmy nazwać „najwyższym szczeblem”, sprawy są bardziej skomplikowane. Przeszkody są większe, ale również zwykle można liczyć na większe środki. Tutaj wydaje się, że często najlepsza taktyka może polegać na próbie zebrania ofiar wymuszenia w celu utworzenia zjednoczonego frontu, który opierałby się i dokonywał nacisków przeciwko powszechnemu płaceniu prowizji. Z kolei opór może być bezpośredni albo pośredni. Przykładem tego ostatniego może być fakt, że wielkie firmy budowlane w Hiszpanii albo ich część, mają dostateczną siłę w ramach organizacji przedsiębiorców, która grupuje przedsiębiorstwa danego sektora, żeby promować w prasie kampanię czystości i przeciwko praktykom korupcyjnym w ich środowisku. Prawdopodobnie nie uda się wykorzenić zła z dnia na dzień, ale jest dostatecznie udowodnione, że wytrwałość przynosi owoce i przynajmniej łagodzi problem.
      Taka mobilizacja sił na rzecz dobra wciąga wiele osób, ponoszących taką czy inną odpowiedzialność w społeczeństwie: przedsiębiorców, polityków – z różnych dziedzin, nie wyłączając międzynarodowych – dziennikarzy, urzędników, itd. To co ich motywuje, nie może być równowagą egoizmów. Taka równowaga dąży do skorumpowanej struktury społecznej bardziej niż cokolwiek innego. Jest to raczej przekonanie, że dobro społeczeństwa – dobro wspólne – wymaga czystej gry i powinni się do tego przyczyniać wszyscy, co oznacza, że ludzie powinni się zmobilizować do walki na rzecz dobra. I tutaj znajduje się autentyczny klucz do całej sprawy: ludzie. Żeby zmieniły się struktury, muszą się zmienić ludzie, nie zaś odwrotnie. Dlatego chrześcijanin świadomy swoich obowiązków, powinien starać się w realistyczny i odpowiedni sposób, przekonywać osoby w to zamieszane, które może, przy pomocy relacji osobistych, że pierwszym znaczącym, ale nie jedynym czynnikiem jest przykład. Uprzejmie należy sprawić, żeby ludzie zbadali swoje sumienie, a w tym celu należy mówić o tym publicznie i prywatnie. Czy można nazwać to apostolstwem? Niewątpliwie, chociaż w tej kwestii należy zrobić wyjaśnienie. Nie chodzi o działalność oderwaną od normalnego trybu życia. Chodzi raczej o to, żeby wiedzieć, że najlepszą przysługą i służbą, jaką można wyświadczyć ludziom, jest pomoc w kierowaniu się do dobra, gdyż tam znajdą swoje szczęście, poza przygotowaniem do życia wiecznego. W ten sposób zatem najlepiej przyczynią się do dobra wspólnego. I dlatego w życiu społecznym wykonuje się tę służbę z naturalnością kogoś, kto jest przekonany, że oferuje to, co najlepsze. Nie oznacza to, że ta praca na rzecz uczciwości znajduje się wyłącznie w gestii ludzi wiary, ale to przede wszystkim oni powinni ją podjąć jako własną kompetencję. Również, właśnie na mocy solidności ich przekonań i integralności ich życia, znajdują się w najlepszej sytuacji, żeby to zrealizować. Jest to powolna praca: od człowieka do człowieka, i dlatego dyskretna, ale na koniec okazuje się najskuteczniejsza.
      Jednakże, to, co powiedziano powyżej, nie przeszkadza twierdzić, że jest również potrzebne podjęcie „strukturalnego” zadania. Prawo i instytucje nie zapewniają same z siebie zdrowia moralnego społeczeństwa, ale są to elementy potrzebne do jego osiągnięcia i do zachowania tego, co osiągnięto. Po pierwsze, chodzi o ustanowienie i zapewnienie działania przeciwwagi instytucjonalnej, dzięki której istnieje podział i kontrola władzy. Istnienie kontroli i kontroli skarbowej z potrzebnymi kompetencjami i maksimum niezależności (głównym zagrożeniem jest staranie niektórych sił politycznych, żeby upolitycznić wszystko. Przy użyciu wymówki reprezentowania narodu-suwerena, prawdziwym celem jest wprowadzenie kontroli partyjnej na wszystko, przede wszystkim przez tego, kto sprawuje władzę), jest koniecznością. Jest nią również przejrzystość w publicznych kwestiach finansowych. Nie każda przeciwwaga jest instytucjonalna. Równe albo większe znaczenie ma istnienie przeciwwagi społecznej pod przewodnictwem środków przekazu, które mogą swobodnie wykonywać konstruktywną krytykę publiczną. W niejednym kraju media okazały się jedyną siłą mogącą mieć rzeczywisty wpływ w walce z korupcją. Istnienie stowarzyszeń, zawodowych albo nie, odgrywa również rolę w społecznej kontroli władzy i oczywiście w kontroli samych członków. Należy również dodać do prawodawstwa, które ma tutaj ważną rolę. Prawa, które ustanawiają sprawiedliwie kryteria i procedury kontraktów publicznych, które określają odpowiedzialność cywilną, karną, administracyjną – w tych przypadkach i prawa, realistycznie określające zasady i granice, zgodnie z którymi powinno się finansować formacje polityczne. Nie należy również zapominać o „kodeksach etycznych”, którymi kierują się różne zawody, grupy i przedsiębiorstwa, wyróżniając być może te, które mają grupy zawodowe i partie polityczne. Jak wynika z tego wyliczenia, które nie aspiruje do tego, żeby być wyczerpujące, wielu ludzi jest zajętych omawianymi tutaj aspektami odrodzenia społecznego. Wszyscy ci ludzie powinni być świadomi swojej odpowiedzialności: po pierwsze indywidualnej – nie można rozcieńczać odpowiedzialności osobistej uwarunkowaniem społecznym i działać konsekwentnie. W ten sposób jest oczywiste, że stajemy wobec problemu, który dotyka nie tylko jego bezpośrednich uczestników. W rzeczywistości w kraju demokratycznym dotyka wszystkich obywateli, zważywszy że wszyscy albo prawie wszyscy mają odpowiedzialność głosu a ten czynnik również należy mieć na uwadze. Przekłada się to po prostu na to, że ten, komu udowodniono korupcję, zasługuje na karę podczas głosowania. Głos obywatelski powinien kierować się raczej poszukiwaniem dobra wspólnego niż interesem własnym. Zapomnienie albo lekceważenie tej zasady przyniosło niektóre wyniki wyborcze wywołujące zdziwienie a nawet zupełnie skandaliczne.
      Poza tym, to, co może albo powinna zrobić konkretnie każda z osób związanych z wymienionymi sferami wpływów jest czymś, co odsyła do każdej konkretnej sytuacji, zaś w ostatniej instancji tylko one same są w stanie ocenić z realizmem i obiektywizmem. Czasami nie wystarczy nawet, żeby „być tam”, tylko będzie potrzebna również duża dawka doświadczenia w tym „byciu”. Innymi słowy: każdy może zrobić coś, co przechodzi przez gęste sito ostrożności, osobiste i nieprzepuszczalne, chociaż wrażliwe na formowanie, zwłaszcza na formowanie etyczne, o co każdy uczciwy człowiek powinien się starać.
      Chciałbym z drugiej strony zakończyć ten tekst wspominając o dwóch uwagach, które podtrzymuję z przekonaniem. Pierwsza z nich stanowi, że będąc w pełni świadomym, że takie wzorowe życie, jak tutaj opisano, wymaga upartej walki niewolnej od przeciwności i nieprzyjemności, należy to zrobić i warto to zrobić. Ze szczególnego chrześcijańskiego punktu widzenia należy przekonać się, że heroizm nie jest czymś, czego należy domagać się od niewielu wybranych dusz, tylko jest czymś, czego prędzej czy później w taki czy inny sposób, należy domagać się od wszystkich, z tego prostego powodu, że wszyscy chrześcijanie są powołani do świętości. Zaś świętość jest właśnie heroizmem w praktykowaniu cnoty, zwłaszcza miłości: miłości do Boga i bliźniego, która przechodzi ponad interesami, zyskami i wygodą osobistą. Jeśli przy pomocy tego wysiłku nie osiągnie się wiele, jeśli chodzi o zewnętrzne rezultaty, sam fakt wzrostu i umocnienia cnoty osobistej będzie już największym zyskiem, żeby stwierdzić, że zrobiło się to, co należało zrobić. W każdym razie, kiedy rozważa się tę kwestię, wizja byłaby skrzywiona, jeżeli dostrzega się tylko to, czego chce Bóg a nie dostrzega się tego, co Bóg daje. Ten, kto daje ciężar, daje łaskę. Zaś dzięki łasce, potrzebną siłę. Jednakże – i jest to drugie rozważanie, wierzę również mocno, że osiąga się również wyniki. To, co się dzieje, to fakt, że ten proces uzdrowienia społeczeństwa jest powolny i bardzo potrzebna jest cierpliwość. Być może będzie to wymagało pracy pokoleń, ale wysiłek nie pójdzie na marne i wcześniej czy później będzie można zobaczyć jego owoce, zarówno jeśli chodzi o ludzi, jak też jeśli chodzi o społeczeństwo.