Dlaczego nie publikować listę członków?
W takim przypadku, co stoi na przeszkodzie opublikowaniu wykazu członków, którego ktoś się domagał? Czy nie byłby to sposób na odparcie słów krytyki?
Giussepe Romano: Nie. W ten sposób chrześcijańska normalność członków Opus Dei przekształciłaby się w społeczną banicję. Podstawowym prawem każdego obywatela jest wolność religijna, czyli możliwość decydowania o tym jak i kiedy okazywać swoje przekonania. Nikt nie ma prawa upubliczniać takich danych i narażać obywatela, z tytułu dokonanych przez niego wyborów, wyznawanych bądź zmienionych przekonań religijnych, na jakiekolwiek naciski, bezpośrednie czy pośrednie, zewnętrzne czy psychologiczne.
Wyobraźmy sobie, że ktoś ni z tego, ni z owego, proponuje ustawę, w myśl której wszystkie osoby wywodzące się z Beneventu, a mieszkające w Mediolanie mają ujawnić swoje pochodzenie. Czy nie wbudziłoby to obaw? Wyobraźmy sobie sytuację jakiegoś przedstawiciela sądownictwa czy polityka, który jest członkiem Opus Dei. Wyjaśniliśmy już, że przynależność do Prałatury nie wpływa w żaden sposób na jego pozycję zawodową, choć zazwyczaj jego otoczenie zdaje sobie sprawę, że stara się on być dobrym chrześcijaninem, i że jest członkiem Opus Dei. Jaki sens miałoby zatem umieszczanie nazwiska tej osoby na takiej liście? Moim zdaniem służyłoby to tylko poddaniu w wątpliwość jego lojalności wobec władz w związku z przynależnością do instytucji kościelnej. A to jest sprzeczne z Konkordatem, włoską konstytucją i zdrowym rozsądkiem.
Prałatura Opus Dei, podobnie jak diecezje, publikuje (w semestralnym biuletynie Romana, jak i w informatorach i rocznikach zawierających wiadomości podobne do podawanych przez inne instytucje kościelne) informację o władzach, nominacje, adresy ośrodków, biur prasowych i inne dane udostępniane opinii publicznej, które mogą być ogólnie przydatne (dla celów statystycznych, itd). Przynależność jakiejś osoby do Opus Dei jest faktem, który sam w sobie nie ma znaczenia dla opinii publicznej. Zazwyczaj jest wiadomy szerszemu czy węższemu kręgowi społecznemu, w którym porusza się zainteresowany, tak samo jak fakt czy ktoś jest ochrzczony czy też nie, czy jest osobą wierzącą, muzułmaninem, Żydem itd. Taka przynależność jest wiadoma nawet osobom mającym z nim tylko powierzchowny kontakt, w związku z zaangażowaniem członka Prałatury w aktywny apostolat chrześcijański. Reasumując wszystkie powody, dla których Prałatura nie opublikuje listy swoich członków, tak jak nie czynią tego ani diecezje ani parafie, można powiedzieć, że byłoby to wbrew jej naturze w sensie społecznym i publicznym. Z drugiej strony taki sposób działania jest zgodny z wieloma wskazaniami prawnymi chroniącymi naturalne prawo do zachowania prywatności, począwszy od Kodeksu Prawa Kanonicznego (por kanon 220 i 487). Powszechna Deklaracja Praw Człowieka mówi w artykule 12, iż „nie wolno ingerować samowolnie w czyjekolwiek życie prywatne”. W Anglii Committee of Privacy wydało w 1972 roku przepis mówiący, że każdy ma prawo samodzielnie decydować o tym, jakie informacje na jego temat mogą zostać ujawnione innym osobom. Konwencja nr 108 Rady Europy (Strasburg, 28 stycznia 1981 roku) w wielu krajach dała początek dosyć surowym ustawom regulującym kwestie opracowania, przetwarzania i przekazywania danych osobowych. We Włoszech, ustawa 675/1996, odwołująca się do wymienionej konwencji, wymienia szereg „danych wrażliwych”, które są poufne, a więc podlegają szczególnej ochronie. Pośród nich wymienia się „przekonania religijne” w ogóle, jak również „przynależność do organizacji o charakterze religijnym”, obok przynależności rasowej oraz stanu zdrowia danej osoby. Eksperci, którzy mieli do czynienia z konkretnymi przypadkami zastosowania tych przepisów w środowisku kościelnym stwierdzili, że na przykład parafia nie ma prawa udostępnić wydawnictwu adresów osób uczęszczających na lekcje religii, w celu wysyłania do nich katalogów czy publikacji.
To tyle na temat obrony prywatności poszczególnych wiernych. Na obronę Opus Dei jako instytucji można dodać jeszcze jeden argument przeciw upublicznianiu przynależności do Prałatury w kontekście działalności świeckiej, jednego czy więcej członków: żaden z nich nie ma prawa do wypowiadania się, czy podejmowania działań w imieniu Dzieła bez uprzedniego upoważnienia. Mówiliśmy już o tym obszernie, ponieważ jednak ten temat dotyczy pewnych zasadniczych cech charakterystycznych organizacji, powrócimy do niego raz jeszcze. W sprawach świeckich każdy działa na własny rachunek, nie na rzecz Prałatury, a w sprawach kościelnych Dzieło w pełni podziela opinie hierarchii Kościoła - jakże mogłoby być inaczej, skoro jest jego częścią. Również z tego powodu Biuro Informacyjne często wysyła sprostowania w przypadkach, gdy z Opus Dei identyfikuje się jakieś publiczne przedsięwzięcie, do którego przyczynił się jego członek, nawet jeśli jest godne pochwały. Nie ma sensu mówienie, że „Kowalski z Opus Dei strzelił decydującego gola dla Interu Mediolan”, albo „Nowak z Opus Dei uważa, że ceny akcji spadną”.
Giussepe Romano: Nie. W ten sposób chrześcijańska normalność członków Opus Dei przekształciłaby się w społeczną banicję. Podstawowym prawem każdego obywatela jest wolność religijna, czyli możliwość decydowania o tym jak i kiedy okazywać swoje przekonania. Nikt nie ma prawa upubliczniać takich danych i narażać obywatela, z tytułu dokonanych przez niego wyborów, wyznawanych bądź zmienionych przekonań religijnych, na jakiekolwiek naciski, bezpośrednie czy pośrednie, zewnętrzne czy psychologiczne.
Wyobraźmy sobie, że ktoś ni z tego, ni z owego, proponuje ustawę, w myśl której wszystkie osoby wywodzące się z Beneventu, a mieszkające w Mediolanie mają ujawnić swoje pochodzenie. Czy nie wbudziłoby to obaw? Wyobraźmy sobie sytuację jakiegoś przedstawiciela sądownictwa czy polityka, który jest członkiem Opus Dei. Wyjaśniliśmy już, że przynależność do Prałatury nie wpływa w żaden sposób na jego pozycję zawodową, choć zazwyczaj jego otoczenie zdaje sobie sprawę, że stara się on być dobrym chrześcijaninem, i że jest członkiem Opus Dei. Jaki sens miałoby zatem umieszczanie nazwiska tej osoby na takiej liście? Moim zdaniem służyłoby to tylko poddaniu w wątpliwość jego lojalności wobec władz w związku z przynależnością do instytucji kościelnej. A to jest sprzeczne z Konkordatem, włoską konstytucją i zdrowym rozsądkiem.
Prałatura Opus Dei, podobnie jak diecezje, publikuje (w semestralnym biuletynie Romana, jak i w informatorach i rocznikach zawierających wiadomości podobne do podawanych przez inne instytucje kościelne) informację o władzach, nominacje, adresy ośrodków, biur prasowych i inne dane udostępniane opinii publicznej, które mogą być ogólnie przydatne (dla celów statystycznych, itd). Przynależność jakiejś osoby do Opus Dei jest faktem, który sam w sobie nie ma znaczenia dla opinii publicznej. Zazwyczaj jest wiadomy szerszemu czy węższemu kręgowi społecznemu, w którym porusza się zainteresowany, tak samo jak fakt czy ktoś jest ochrzczony czy też nie, czy jest osobą wierzącą, muzułmaninem, Żydem itd. Taka przynależność jest wiadoma nawet osobom mającym z nim tylko powierzchowny kontakt, w związku z zaangażowaniem członka Prałatury w aktywny apostolat chrześcijański. Reasumując wszystkie powody, dla których Prałatura nie opublikuje listy swoich członków, tak jak nie czynią tego ani diecezje ani parafie, można powiedzieć, że byłoby to wbrew jej naturze w sensie społecznym i publicznym. Z drugiej strony taki sposób działania jest zgodny z wieloma wskazaniami prawnymi chroniącymi naturalne prawo do zachowania prywatności, począwszy od Kodeksu Prawa Kanonicznego (por kanon 220 i 487). Powszechna Deklaracja Praw Człowieka mówi w artykule 12, iż „nie wolno ingerować samowolnie w czyjekolwiek życie prywatne”. W Anglii Committee of Privacy wydało w 1972 roku przepis mówiący, że każdy ma prawo samodzielnie decydować o tym, jakie informacje na jego temat mogą zostać ujawnione innym osobom. Konwencja nr 108 Rady Europy (Strasburg, 28 stycznia 1981 roku) w wielu krajach dała początek dosyć surowym ustawom regulującym kwestie opracowania, przetwarzania i przekazywania danych osobowych. We Włoszech, ustawa 675/1996, odwołująca się do wymienionej konwencji, wymienia szereg „danych wrażliwych”, które są poufne, a więc podlegają szczególnej ochronie. Pośród nich wymienia się „przekonania religijne” w ogóle, jak również „przynależność do organizacji o charakterze religijnym”, obok przynależności rasowej oraz stanu zdrowia danej osoby. Eksperci, którzy mieli do czynienia z konkretnymi przypadkami zastosowania tych przepisów w środowisku kościelnym stwierdzili, że na przykład parafia nie ma prawa udostępnić wydawnictwu adresów osób uczęszczających na lekcje religii, w celu wysyłania do nich katalogów czy publikacji.
To tyle na temat obrony prywatności poszczególnych wiernych. Na obronę Opus Dei jako instytucji można dodać jeszcze jeden argument przeciw upublicznianiu przynależności do Prałatury w kontekście działalności świeckiej, jednego czy więcej członków: żaden z nich nie ma prawa do wypowiadania się, czy podejmowania działań w imieniu Dzieła bez uprzedniego upoważnienia. Mówiliśmy już o tym obszernie, ponieważ jednak ten temat dotyczy pewnych zasadniczych cech charakterystycznych organizacji, powrócimy do niego raz jeszcze. W sprawach świeckich każdy działa na własny rachunek, nie na rzecz Prałatury, a w sprawach kościelnych Dzieło w pełni podziela opinie hierarchii Kościoła - jakże mogłoby być inaczej, skoro jest jego częścią. Również z tego powodu Biuro Informacyjne często wysyła sprostowania w przypadkach, gdy z Opus Dei identyfikuje się jakieś publiczne przedsięwzięcie, do którego przyczynił się jego członek, nawet jeśli jest godne pochwały. Nie ma sensu mówienie, że „Kowalski z Opus Dei strzelił decydującego gola dla Interu Mediolan”, albo „Nowak z Opus Dei uważa, że ceny akcji spadną”.
| < Poprzednia | Następna > |
|---|







