Polecam

ekai.pl/blogi/ksignacy

Blog księdza z Opus Dei z Poznania

Ks. Ignacy Soler

Ks. dr Ignacy Soler, urodzony w Alcañiz, w Hiszpanii (1955). Na Uniwersytecie Complutense w Madrycie ukończył studia matematyczne (1977). Stopień naukowy doktora nauk teologicznych uzyskał w 1983 na Uniwersytecie Navarry w Pamplonie. W 1981 został wyświęcony na kapłana prałatury personalnej Opus Dei. Od 1994 mieszka w Polsce.

Na OpusDei.pl
Opus Dei - Szukając Boga w życiu codziennym
Opus Dei jest prałaturą personalną Kościoła katolickiego. Założył je w 1928 r. św. Josemaría Escrivá. Jej zadanie polega na przekazywaniu innym, że praca i zwykłe okoliczności są okazją do spotkania z Bogiem, do służenia innym i do poprawy społeczeństwa.
Opus Dei - Szukając Boga w życiu codziennym
Szuflada Artykuły o Opus Dei Zawodowcy
REKLAMA
Reklama

PostHeaderIcon Zawodowcy


27-XI-2007. Michał Kuźmiński, Maciej Müller. Nowoczesny budynek przy ul. Młynówka Królewska 2 w Krakowie. Biała elewacja, domofon na kod przy bramie. To męski Ośrodek Akademicki Barbakan. Na stronie internetowej informacja, że opiekę nad nim sprawuje Opus Dei. Na tabliczce przy wejściu takiej informacji nie ma. To żeby podkreślić świeckość Ośrodka, wyjaśnią gospodarze.

Dziewięciu studentów mieszka w pokojach na trzecim piętrze. Na drugim – dziesięciu numerariuszy Opus Dei.

Piątek wieczór. W kaplicy na parterze zbierają się mężczyźni. Starsi, w średnim wieku, kilku młodych. Ciemne marynarki, wyjątkowo swetry. Inteligenci, studenci, naukowcy. W ołtarzu obraz przedstawiający ukrzyżowanie. Po lewej portret założyciela Opus Dei św. Josemaríi Escrivy w ornacie i okularach. Po prawej anioł trzymający znak Dzieła: krzyż wpisany w okrąg.

Zaczyna się comiesięczny dzień skupienia. Jeden z uczestników czyta fragment „Przyjaciół Boga" Escrivy.

„(...) swoją wolność wznoszą jak barykadę: Moja wolność! Moja wolność! (...) Nikt na mnie nie wywiera presji! — powtarzają uparcie. Nikt? Wszyscy wokół wywierają skuteczną presję na tę iluzoryczną wolność, która chciałaby uniknąć ryzyka odpowiedzialnego przyjęcia konsekwencji wolnych, osobistych czynów (...) Tam, mimo pozorów, jednostka jest przymuszana na każdym kroku (...)".

Zegarek

Przemysław Terlecki, poznański dziennikarz telewizyjny, sześć lat temu poszedł na podobne spotkanie. Czuł potrzebę pogłębienia wiary, a w parafii nie umiał tego znaleźć. – Znudził mi się Kościół – mówi. – Na spotkanie zaprosił mnie kolega. Otwartym tekstem. Żadne tam tajemnice.

Pierwsze wrażenia: skupiona grupa, intensywna modlitwa. Prelekcja o konkretach. Zaniepokoiło go, że ksiądz prowadzący medytację nieustannie spoglądał na zegarek.

– Później się dowiedziałem, że na kazanie miał dokładnie dziesięć minut. Tam się mówi głównie o porządku. Ubranie, wychowanie, wysprzątany dom. Ścisłe reguły. Tak, poczułem presję – potwierdza. – Na to, jak mam się zachowywać, żeby być akceptowanym. Brakowało mi spontaniczności, dyskusji. Jakby wszyscy mieli być do siebie podobni: jak w wojsku.

Do krakowskiej kaplicy wchodzi ks. Ignazio Soler, Hiszpan, opiekun miejscowego Opus Dei. Wstają. Ktoś gasi górne światło. Ks. Soler siada przy stoliku z lampką i rozpoczyna kazanie-medytację. Mówi ekspresyjnie, gestykuluje, żartuje. Zebrani słuchają. Nieruchomo, bez jakiejkolwiek zewnętrznej reakcji, gestu lub uśmiechu.

Ks. Soler: szczupły, okulary, równy przedziałek, elegancka sutanna, mankiety idealnie białej koszuli. Lśniące buty. Z Dziełem zetknął się mając 15 lat. Ojciec był współpracownikiem Opus Dei, wuj – członkiem. W Dziele są obaj jego bracia: jeden jest księdzem, drugi numerariuszem. Wspomina pierwsze spotkanie, w którym wziął udział: niewielka kaplica, ponad sto osób. Ksiądz, małe światło.

– Proszę o odrobinę sympatii – cytuje wstęp książki Benedykta XVI „Jezus z Nazaretu".

W dziele jest od 37 lat. 13 lat temu zapytano go, czy nie chciałby pracować w Polsce. Opus Dei jest prałaturą personalną, czyli diecezją bez terytorium. Ksiądz z Hiszpanii cierpiącej na niedobór kapłanów trafił do obfitej w powołania Polski, gdyż prałaturze, paradoksalnie, brakuje księży-Polaków. Jest ich dwóch (jeden wyświęcony w zeszłym tygodniu). Żeby otrzymać święcenia kapłańskie, trzeba być w Opus Dei dziesięć lat.

– Na spotkaniach nie dyskutujemy – potwierdza. – Czy te treści trzeba dyskutować? Potem można iść do księdza lub prowadzącego spotkanie i porozmawiać z nim na osobności. Nasza formacja ma jeden cel: żeby uczestnik nauczył się modlić. Pochodzę z katolickiej rodziny, chodziłem do katolickiej szkoły, ale modlitwy nauczyłem się dopiero w Opus Dei.
Dzieło uczy, że świętość polega na uświęcaniu codziennego życia, że wszystko można ofiarować Bogu, nawet punktualne wstawanie, że chrześcijanin nie może niczego robić byle jak. To widać w wykończeniu krakowskiego domu: na najwyższy połysk. – Ordnung muss sein, inaczej jest chaos – mówi ks. Soler. – Swoje życie duchowe trzeba traktować zawodowo.

Terlecki zastrzega, że nie chce o Dziele powiedzieć niczego złego. Po prostu, to formacja nie dla niego. – Zatrzymałem się na wstępie, może za szybko – mówi. – Ale teraz wolę pójść z dziećmi na Mszę dla nich, gdzie panuje Boży bałagan, pomodlić się obok sąsiada i pogadać z nim w drodze do domu.

Kierownik

Terlecki, kiedy postanowił odejść, nie czuł żadnych nacisków. Potem od ludzi poznanych w Opus Dei dostawał kartki świąteczne. Inaczej było w przypadku Z. (nie chce ujawnić nazwiska, bo się boi szantażu. I mówi to poważnie). – Uważali mnie za swego – opowiada. – Wypełniałem różne ich praktyki. Mówiłem im, że jeśli poczuję takie wezwanie Boże, mogę wstąpić do jezuitów czy tercjarzy. Oni na to, że zdradzę Chrystusa, bo jestem powołany do Opus Dei. Jakby uważali się za coś więcej, coś lepszego.

Gdy syn Z. miał 15 lat, przez pewien czas dzwonił do niego codziennie o tej samej porze pewien 19-latek. – Bałem się o swoje dzieci – mówi Z. – Bałem się manipulacji, udawania przyjaźni. W Dziele chodzi o ograniczenie ludzkiej spontaniczności, bo wtedy jest mniej okazji do grzechu. A zapraszanie kogoś na obiad dlatego, że tak kazał kierownik duchowy, jest nieuczciwe.

Słysząc, że Opus Dei chce tak pokierować członkami, żeby nie mieli okazji do grzechu, ks. Soler krzywi się i kręci głową. – Ależ skąd! Sam św. Josemaría spowiadał się raz na tydzień. Nasza formacja podkreśla aktywność w życiu i wolność. Ale związaną z prawdą.

Jak więc wygląda takie kierownictwo duchowe? Z.: – Raz na tydzień trzeba się na godzinę spotkać z kierownikiem i opowiedzieć, z kim się spotykało, gdzie się było, co się czytało. Kierownik mówi, co kontynuować, a z kim się nie spotykać. Każda inicjatywa jest pod kontrolą.

Ks. Soler: – Kierownik nie jest właścicielem dusz. Jeśli ktoś chce, może opowiadać szczegółowo, ale nie ma obowiązku. Nie ma wypytywania o sprawy sumienia. Zachęcam natomiast do otwarcia serca. Dlaczego ludzie to lubią? Bo daję konkretne rady, a nie takie, jak księża z parafii: „musisz być świętym!", „musisz być dobrym!". Zamiast tego mówię: „kup żonie kwiaty". Ja tak radzę, a ty zrób, co chcesz. Ale – dodaje – jeśli ktoś się nie otworzy, nie mogę mu dać rady, która pomaga.

Szczegóły techniczne

Na parterze krakowskiej rezydencji Opus Dei jest biblioteka. Obok prac historycznych Frederick Forsyth, obok Seneki podręcznik programowania. Dwa tomy Harry'ego Pottera zostawił któryś ze studentów. Dana Browna nie ma. Gospodarze tłumaczą, że nie chodzi o książki prawomyślne, tylko o rozwijające.

Hubert Wołącewicz, socjolog, pracuje w wydawnictwie Prodoks, miał firmę PR-owską, przez pewien czas kierował „Naszym Dziennikiem" – skąd odszedł i mówi otwarcie, że nie akceptował tamtejszej wizji człowieka i Kościoła. Artur Falkowski, z wykształcenia filozof, prowadzi działalność gospodarczą, tworząc grafikę komputerową. Obaj po pracy wracają nie do rodzin, lecz do rezydencji Opus Dei. Są numerariuszami.

Podkreślają, że mieszkańcy rezydencji to ich rodzina i taką atmosferę starają się stworzyć mieszkającym tu studentom. Posiłki je się razem, ucząc przy okazji dobrych manier (np. płócienna serweta na kolanach). O godz. 21 zbierają się na spotkania tematyczne (we środy: „Mam taki problem") albo choćby oglądanie meczu.
Wołącewicz: brązowa marynarka, koszula, apaszka. Falkowski w swetrze. Obaj w spodniach w kant i półbutach. – Są też numerariusze w dżinsach – śmieją się. – Nie ma normy ubioru, ale każdy się czuje odpowiedzialny za poziom kultury i ładu. To oddaje charakter Opus Dei i tego, jak chce reewangelizować. Wszystko może zostać uświęcone. Zresztą – dodaje Wołącewicz – dziś największym awangardzistą jest ten, kto zachowuje się tradycyjnie.

Co na to przyjaciele? Wszyscy wiedzą. Ale wiara to przecież sprawa osobista, o tym się nie mówi od razu. – Tak jak nikt się nie przedstawia: „Jestem Kowalski, katolik" – tłumaczy Falkowski.

O Opus Dei myśli się często jak o tajnej organizacji. Numerariusze tłumaczą, że po prostu z należeniem do Opus Dei się nie obnoszą. – Mamy oddziaływać nie przez emblematy, lecz przez narzędzia tego świata – mówią.

W czasie dnia skupienia, po medytacji i przerwie, będzie czytany głośno rachunek sumienia. Jedno z pytań brzmi: czy nie używałem katolicyzmu jako argumentu przewagi. – Nie można przekonywać, że skoro jestem katolikiem, to wszystko, co mówię, musi być dobre – wyjaśnia Falkowski.

Zapewniają: Opus Dei nie każe na nikogo głosować. Nie każe czytać konkretnej prasy. Nie narzuca sympatii politycznych.

Praktyki umartwień, do których się zobowiązują numerariusze, nie są tajemnicą: przez dwie godziny dziennie cilice – druciany pas na udzie, raz w tygodniu biczowanie. – To są tylko środki, które pomagają nam się zjednoczyć z Chrystusem. Nie jesteśmy masochistami – wyjaśnia Wołącewicz.

Falkowski dodaje, że te umartwienia są skromne, w porównaniu z tym, co praktykują niektóre zakony. Nie mówi jednak, które zakony i jakie pokutne praktyki ma na myśli.

– Zgorszonym odpowiadamy: nie oszukujcie się. Przecież choćby wasze odchudzanie się bywa dużo większym wyrzeczeniem – kończy Wołącewicz.

O zobowiązaniach przypomina im jeszcze jeden szczegół: złota obrączka noszona na serdecznym palcu. Wewnątrz jedno słowo: serviam. Będę służył.

Jak w rodzinie

Sobór Watykański II: wielkie odnowienie i przewietrzenie Kościoła. Przez cztery lata jego trwania (1962-65) cały przebieg śledził w Rzymie naczelny „Tygodnika Powszechnego" Jerzy Turowicz. Rozpytywał uczestników obrad o Escrivę: nikt go nie widział. Mimo zaproszenia nie przyjechał.

– To przejaw nastawienia Opus Dei do odnowy Kościoła: oni de facto stoją na gruncie tradycji – uważa Z.

Spotkanie formacyjne kończy się błogosławieństwem eucharystycznym. Prowadzący rozdaje wszystkim kartki z modlitwami po łacinie.

– Na Soborze był przez cały czas Álvaro del Portillo, zastępca Escrivy – odpiera zarzut ks. Soler. – Sobór potwierdził przecież i upowszechnił nauczanie Założyciela: dążenie do świętości w życiu świeckim.

Jak wobec tego jest z rolą kobiet w Kościele, na co Sobór kładł nacisk? W Opus Dei mężczyźni i kobiety to praktycznie dwie rozłączne organizacje. Z.: – Mają bardzo ścisłe procedury kontaktowania się. Chcesz z domu męskiego do żeńskiego zanieść paczkę? Możesz tylko się przedstawić i powiedzieć do domofonu, po co przyszedłeś. Żadnego „co słychać?".

– Żyjemy tu jak w rodzinie – odpowiada ks. Soler. – Nie wyobrażam sobie, żeby w domu przebywały kobiety spoza rodziny.

Studenci mieszkający w rezydencji mogą zapraszać koleżanki, ale tylko do saloniku na dole. Tylko matce czy siostrze wolno pokazać pokój. – Poza tym trzeba wrócić przed 22.00, potem przestaje działać zamek kodowy – opowiadają. – Ale wygoda mieszkania przeważa. No i nikogo się tu nie zmusza do praktyk religijnych.
Mieszkają tu studenci prawa, ekonomii, dziennikarstwa. Choć Opus Dei stanowczo twierdzi, że nie jest elitarne, to jednak jej członkowie są zwykle ludźmi z górnych szczebli drabiny społecznej. Stąd się bierze większość podejrzeń: bo jeśli szef firmy albo członek rządu szczegółowo zwierza się kierownikowi duchowemu z tego, co robi...

Odpowiedź członków Opus Dei brzmi nieodmiennie: chcemy uświęcać świat.

– A przecież to przez inteligencję można dotrzeć do wszystkich – odpowiada ks. Soler. – Inteligentni ludzie, którzy mają środki finansowe, bardzo nas interesują. Kościół nie jest tylko dla biednych i głupich. Przecież Dobry Samarytanin miał pieniądze, żeby pomagać. Trzeba iść do polityków, ludzi mających pieniądze i wpływy. Ale interesuje nas zbawienie wszystkich.

Hojność darczyńców, jak podkreśla ksiądz, umożliwia realizowanie inicjatyw Dzieła, jak choćby ośrodek „Dworek" pod Mińskiem Mazowieckim, gdzie odbywają się rekolekcje, ale też np. kursy podnoszenia kwalifikacji zawodowych dla wiejskich kobiet. – Numerariusze oddają Dziełu wszystko, co zarobią, supernumerariusze tyle, ile mogą – tłumaczy ksiądz.

***

– Po zetknięciu z Dziełem doceniłem wartość zwyczajnego Kościoła – kończy Terlecki. – Nie chciałem też należeć do wspólnoty każącej mi się uznać za wybranego.

Wołącewicz: – Nie czujemy się wybranymi. Jesteśmy zwykłymi ludźmi.

– Oddałem życie nie Opus Dei, tylko Chrystusowi – mówi ks. Soler. Zna książki publikowane przez byłych członków Dzieła, opowiadające o tym, co ich spotykało: że kazano im zrywać kontakty z bliskimi, opowiadać kierownikowi duchowemu o najintymniejszych sprawach; że miał miejsce psychiczny terror, dyskryminacja kobiet. I że Watykan tych zarzutów nie chce słuchać.

– Czasem się zastanawiam – kończy ks. Soler – czy organizacja, do której ja należę, i ta, z której oni odeszli, to to samo Opus Dei.

Michał Kuźmiński, Maciej Müller

Dodatek:
Wymiana listów pomiędzy ks. Ignacym Soler i autorami artykułu.

Wielce Szanowni Państwo!
Z zainteresowaniem przeczytałem artykuł pod tytułem "Zawodowcy" napisany przez panów Michała Kuźmińskiego i Macieja Müllera (Tygodnik Powszechny z 2 XII br). Zawsze należy się wdzięczność za włożony trud i dobre intencje, zatem i tym razem serdecznie za nie dziękuję. Mówiąc jednak całkowicie wprost, opublikowany przez Państwa artykuł nie w pełni mi się podobał.

Według Państwa "daję konkretne rady, a nie takie, jak księża z parafii...". Nie rozpoznaję tego zdania jako własne. Na pewno nie miałem intencji ażeby porównywać siebie do księży diecezjalnych, a już na pewno stawiać siebie i (w domyśle) księży prałatury ponad duszpasterski styl innych kapłanów. Nie lubię tego rodzaju porównań. Są one fałszywe - piętnują księży pracujących w parafiach. Mam bardzo wielu przyjaciół księży. Bardzo wysoko oceniam też pracę księży w Polsce - na przykład sposób głoszenia przez nich kazań, które zawierają solidne przesłanie doktrynalne i uwidaczniają znajomość osób, do których są kierowane. Widać, że kapłani w Polsce bardzo kochają i dobrze znają swój lud i potrafią się z nim komunikować. Jeśli w ogóle próbowałbym generalizować na temat duszpasterstwa w Polsce, byłaby to generalizacja bardzo pozytywna.

Kolejne nieudane zdanie artykułu: "Kościół nie jest tylko dla biednych i głupich". Czy naprawdę aż tak głupio się wyraziłem?

Myślałem, że poważna redakcja, publikująca poważne artykuły prosi zawczasu o ich autoryzację...? Nie otrzymałem od Państwa żadnego tekstu do zaaprobowania, na co miałem chyba prawo liczyć (takie standardy znałem dotąd), zważywszy również fakt, iż jestem obcokrajowcem. Proszę wybaczyć, ale dla mnie język polski nadal nie jest całkowicie naturalnym środowiskiem.

Korzystając z odpowiednich zapisów prawa prasowego serdecznie proszę o opublikowanie w najbliższym numerze Tygodnika Powszechnego sprostowania do wspomnianego artykułu.

Szczęść Boże!
Z poważaniem,
x. Ignacy


Szanowny Księże,
Przede wszystkim chcemy również podziękować za poświęcony nam czas i za wypowiedź do naszego tekstu. Dziękujemy, że docenia Ksiądz naszą pracę i nie odbiera nam dobrych intencji. Rzeczywiście, działaliśmy w dobrej wierze, na co - wierzymy - całość tekstu wskazuje.
Tym bardziej nam przykro z powodu Księdza zastrzeżeń. Spieszymy zatem z wyjaśnieniem:
Polskie prawo prasowe wyraźnie formułuje warunki autoryzacji. Otóż dziennikarz ma obowiązek przekazania wypowiedzi rozmówcy do autoryzacji, jeżeli ten wyraźnie sobie tego zażyczy. Praktyka dziennikarska jest taka, że jeśli rozmówca tego zastrzeżenia nie poczyni, domniemywa się, iż autoryzacji nie żąda. Poza tym, nie jest generalnie przyjęte autoryzowanie tekstów, a jedynie wywiadów.
Oczywiście Księdza wypowiedzi zostały przez nas opracowane w zakresie poprawek stylistycznych - choć włada Ksiądz językiem polskim znakomicie. Przesłuchaliśmy jeszcze kilkakrotnie nagrania i, niestety, wypowiedzi Księdza oraz ich kontekst są jednoznacznie takie, jak zacytowane w tekście. Dlatego bardzo nam przykro, ale sytuacja nie spełnia warunków określonych przez prawo prasowe jako kwalifikujące się do sprostowania.

Jeszcze raz podkreślamy, że naszą intencją nie było w żadnej mierze tendencyjne przedstawianie Opus Dei. Jesteśmy przekonani, że nawet sama konstrukcja tekstu wskazuje, że staraliśmy się o maksymalne wyważenie racji. Zwracamy też uwagę, że to Ksiądz ma w tekście ostatnie zdanie - bardzo niuansujące i dające do myślenia.
Mamy nadzieję, że pozostanie Ksiądz bez żalu wobec "Tygodnika".

Z wyrazami szacunku,

Michał Kuźmiński
Maciej Müller

Fragment  wywiadu Redaktora Naczelnego TP z tych dni:
„Nie będziemy grzeczni” – mówi ks. Adam Boniecki w wywiadzie dla Gazety Wyborczej. W tym tygodniu Tygodnik Powszechny ukaże się w mniejszym formacie i... zwiększonym nakładzie (z 40 do 70 tys.). Jak mówi redaktor naczelny, „naszym wymarzonym nowym czytelnikiem będzie  zawsze duchowieństwo. (...) Są do nas uprzedzeni – najczęściej, kiedy nas nie czytają. Twierdzą, że jesteśmy liberalni, żydowscy, podejrzani doktrynalnie. Na początek chcemy każdemu polskiemu księdzu wysłać pierwszy numer odmienionego tygodnika. Niech zobaczą, że to nie dzieło szatańskie. Ale nie spodziewam się wielkich efektów, bo niechęć do nas to nie sprawa intelektu, ale emocji. „Tygodnik Powszechny” zawsze był pismem znacznie mniej grzecznym i mniej nabożnym niż pisma kościelne. Bo my nie robimy pisma kościelnego, organu hierarchii, tylko katolickie. O sprawach wiary mówimy jak ludzie wierzący, ale staramy się dopuścić tez tych, którzy myślą inaczej, tych, którzy są na obrzeżach instytucji Kościoła”. Ks. Boniecki mówi, że wielu biskupów czeka na zmianę, która dokonuje się w „Tygodniku”, a biskupi krakowscy „doskonale rozumieją, że nie jest to kurialna gazeta”. (Gazeta Wyborcza, 21)