Polecam

ekai.pl/blogi/ksignacy

Blog księdza z Opus Dei z Poznania

Ks. Ignacy Soler

Ks. dr Ignacy Soler, urodzony w Alcañiz, w Hiszpanii (1955). Na Uniwersytecie Complutense w Madrycie ukończył studia matematyczne (1977). Stopień naukowy doktora nauk teologicznych uzyskał w 1983 na Uniwersytecie Navarry w Pamplonie. W 1981 został wyświęcony na kapłana prałatury personalnej Opus Dei. Od 1994 mieszka w Polsce.

Na OpusDei.pl
Opus Dei - Szukając Boga w życiu codziennym
Opus Dei jest prałaturą personalną Kościoła katolickiego. Założył je w 1928 r. św. Josemaría Escrivá. Jej zadanie polega na przekazywaniu innym, że praca i zwykłe okoliczności są okazją do spotkania z Bogiem, do służenia innym i do poprawy społeczeństwa.
Opus Dei - Szukając Boga w życiu codziennym
Szuflada Artykuły o Opus Dei Święci Jana Pawła II
REKLAMA
Reklama

PostHeaderIcon Święci Jana Pawła II

Philip Zaleski, First Things Edycja Polska nr 1/2006

„Nie masz końca kanonizacjom”, woła współczesny Eklezjastes – i nie bez pewnej racji. Tysiąc lat temu, a nawet przed ćwierćwieczem, poczet świętych był mocno ograniczony. W latach 1000-1978 Kościół katolicki „wyniósł na ołtarze” niespełna 450 mężczyzn i kobiet. Ale sytuacja zmieniła się radykalnie w trakcie długiego pontyfikatu Jana Pawła II. Energiczny papież – wyświęcony na księdza w uroczystość Wszystkich Świętych – przez dwadzieścia sześć lat sprawowania urzędu kanonizował ponad 480 osób, beatyfikował 1300, a nie mniej niż tysiąc kandydatów jest już w drodze na różnych etapach długiego postępowania prawnokanonicznego. Pewien frant nazwał tę eksplozję świętych „kanonadą kanonizacyjną” Jana Pawła II. Papież Benedykt XVI nie wyniósł na ołtarze jeszcze nikogo, niemniej mamy dobre podstawy, aby oczekiwać, że nie zamierza zwalniać kroku. Nie tylko wyraził wolę utrzymania zasadniczych kierunków pontyfikatu Jana Pawła II, ale i zapytany, jak ocenia niezwykłą aktywność poprzednika na tym polu, odparł, że „nigdy za dużo świętych”.
To oczywiście najzupełniej zgodne z doktryną katolicką. Wszyscy jesteśmy wezwani do świętości i im więcej świętych, tym więcej radości. Dante ukazuje w Raju gęste zastępy wybranych otaczające tron niebieski, ale sugeruje (w początkach XIV wieku), że bardzo niewiele miejsc pozostało wolnych; inni, bardziej szczodrzy, rozsnuwają wizje miliardów świętych i tych w drodze do świętości, czy to jeszcze w czyśćcu, czy już w niebie, a ich szeregi nieustannie rosną i będą rosły aż do chwili, gdy zabrzmi trąba Sądu Ostatecznego.
Niezależnie od tego, jaka jest rzeczywista liczba świętych, obecnie i w całych dziejach, możemy być pewni, że Bóg pragnie zbawić jak najwięcej z nas (gdyż „bez przerwy troszczy się o rodzaj ludzki, by wszystkim, którzy przez wytrwanie w dobrym szukają zbawienia, dać żywot wieczny”, jak pięknie ujmuje to Katechizm, cytując konstytucję Dei verbum Soboru Watykańskiego II). Ale dlaczego Kościół uważa za konieczne lub pożądane tak silne publiczne eksponowanie niektórych świętych? Po co zadawać sobie trud kanonizowania? Współcześnie najlepszym omówieniem tej sprawy jest książka Hansa Ursa von Balthasara Thér?se von Lisieux. Geschichte einer Sendung, w której ten wielki teolog katolicki wyłuszcza swój pogląd ze zwykłą u niego ścisłością, choć także, można by dodać, z niezwykłą prostotą. Rozważania Balthasara są szczególnie interesujące z uwagi na wpływ, jaki wywarł zarówno na myśl Jana Pawła II, jak i Benedykta XVI.
Wedle Balthasara cała struktura Kościoła, od namiestnika Piotrowego począwszy, po pasterza najmniejszej z parafii, istnieje w jednym celu, którym jest tworzenie świętych. „Ostateczną racją całej jego strony instytucjonalnej i obiektywnej”, czytamy, jest „zobowiązujące powołanie do subiektywnej i osobistej świętości”. Nawet osobista świętość Chrystusa służy temu samemu celowi: „Chrystus nie miał żadnego innego motywu w tym, że siebie «poświęcił», niż to, «aby i oni byli uświęceni w prawdzie» (J 17,19)”.
Tę „subiektywną i osobistą świętość” osiągamy, wypełniając naszą rolę w budowie królestwa, posłannictwa, które Bóg nam wyznaczył w wieczności. Ponieważ każdy ma własne posłannictwo, zatem nie ma dwu takich samych świętych. Prawdziwość tego stwierdzenia potwierdza Pismo Święte („Różne są dary łaski, lecz ten sam Duch... udzielający każdemu tak, jak chce” [1 Kor 12,4-11]) i tacy teologowie i święci ludzie jak John Henry Newman („Bóg powierzył mi pewne zadanie, które nie zostało powierzone nikomu innemu. Mam swoje posłannictwo – może nie poznam go w tym życiu, ale wyjawią mi je w życiu przyszłym” [Meditations and Devotions, 1893]).
Mimo to możliwe są pewne ogólne klasyfikacje świętych. Balthasar podsuwa dwa podziały. Pierwszy wyróżnia świętych „zwyczajnych” i „wzorcowych” (zwanych także „okazowymi”). Zwyczajni święci osiągają świętość, podążając zwykłymi, wydeptanymi ścieżkami Kościoła, wzorując swą świętość na poprzednikach. W odróżnieniu od tego, święci „okazowi” służą za wzór innym – niekiedy wbrew własnej woli, jak w przypadku Pawła z Tarsu.
Drugi podział zaproponowany przez Balthasara, nałożony na pierwszy, kładzie nacisk na znaczenie posłannictwa. Każdy święty ma posłannictwo, ale niektóre posłannictwa spełniają się, działając z wnętrza budowli Kościoła ku szczytowi, inne zaś od szczytu do wnętrza. Posłannictwo pierwszego rodzaju urzeczywistnia się na ogół we wspólnotach lub instytucjach religijnych i jest znamieniem ogromnej większości świętych, których mało na ogół znane imiona zapełniają kalendarz kościelny. Posłannictwo drugiego rodzaju, „nieporównanie bardziej wyróżniające”, zjawia się „jak grom z jasnego nieba”. Święci rozpaleni jak pochodnie (albo spaleni na wiór) takim posłannictwem stają się kamieniami węgielnymi budowli Kościoła, „liczbami pierwszymi”, wyznacznikami „nowego typu wierności Chrystusowi”.
Wcześniej lub później każdy młody katolik pragnie zostać świętym, zwyczajnym lub wzorcowym, iść za przykładem lub dawać przykład. Teresa z Avila wspomina w autobiografii, że w dzieciństwie bawiła się ze starszym bratem Rodrigiem w męczenników, natomiast Teresa z Lisieux, niemal trzysta lat później, napisała w pamiętniku: „Chcę wypełnić wolę twą do końca... pragnę być święta”. Kiedy ja byłem dzieckiem i z zapałem wkuwałem na pamięć katechizm baltimorski, za pośrednictwem książek, świętych obrazków, modlitwy wieczornej, filmów (do dzisiaj Bernadeta z Lourdes jawi mi się w wyobraźni jako piękność o czarnych oczach i alabastrowej karnacji Jennifer Jones) oraz figur ustawionych wzdłuż ścian i zaludniających nawy boczne naszego kościoła parafialnego rodzice i nauczyciele starali się stale uzmysławiać mi obecność – czy wszechobecność, można by rzec – świętych. Nawet w surowych latach po zakończeniu Soboru Watykańskiego II Kościół zachęcał swą trzodę do rozważania żywotów świętych, oddawania im czci, poszukiwania ich wstawiennictwa, a także – jeśli ma się dość odwagi – naśladowania ich, zarówno tych „zwyczajnych”, jak i „wzorcowych”, tych idących „od dołu”, jak i tych działających „od góry”. Kanonizację, dokonywaną we wczesnym okresie chrześcijaństwa na zasadzie zgody wspólnoty (vox populi), a potem wedle reguł ustanowionych przez papieża Grzegorza IX w 1234 roku (w których to cyfrach, w żarliwym czasie moich licealnych lat, gdy po raz pierwszy natrafiłem na tę datę, ujrzałem symbol nieskończonej drogi wzwyż Kościoła Tryumfującego), zawsze pojmowano jako środek służący temu celowi.
W tradycji myśli chrześcijańskiej z kanonizacją wiązano szereg funkcji. Poprzez akt kanonizacji głosimy chwałę Boga, którego łaska uświęca świętych, i oddajemy hołd świętym, w których odzwierciedla się chwała Boga. Kanonizacja podsuwa wzorce świętości, którymi możemy się kierować i z których możemy czerpać w naszym dążeniu do zrozumienia i wypełnienia każdy swojego posłannictwa i odkrycia w ten sposób własnej drogi do świętości. Kanonizacja mówi nam coś o mieszkańcach nieba, wskazując, kogo czcić i prosić o wstawiennictwo u Boga. Zarazem sama procedura spełnia istotną funkcję praktyczną, albowiem jej rygoryzm (przy którym „prześwietlanie” polityków przez dziennikarzy zakrawa na dziecinną igraszkę) eliminuje niegodnych kandydatów. Proces trwa lata, często stulecia, badanie prowadzi się zarówno na szczeblu diecezji, jak i kurii rzymskiej, z reguły przesłuchuje się tysiące świadków, dokumentacja idzie w dziesiątki tysięcy stron, a do tego jeszcze (z wyjątkiem przypadku męczeństwa) trzeba dwu cudów: jednego na poczet beatyfikacji, drugiego na poczet kanonizacji. Korzyści wynikające z tak sumiennego badania są nie do przecenienia. Wystarczy zajrzeć do niektórych kościołów, gdzie na witrażach widzimy „świętych”, którzy ani nie zostali, ani nie mają wielkich szans na to, aby zostali kanonizowani. W pewnym kościele parafialnym w Ohio światło słońca pada na ołtarz zapłonione przez witraż przedstawiający notorycznego rozpustnika Thomasa Dooleya, „Doktora Dżunglę”.
Można śmiało stwierdzić, że wszystkie te względy miały swój udział w owych licznych kanonizacjach, jakie przeprowadził Jan Paweł II. Był to nadzwyczaj bogaty pontyfikat i z dzisiejszej perspektywy widać, że obfitość wyniesionych w jego trakcie na ołtarze jest jednym z podstawowych wymiarów tego bogactwa. Jestem przekonany, że konsekwentne rozpoznawanie kolejnych wybranych w latach 1978-2004 istotnie umacniało kult świętych, wzbogacając świadomość wiernych o szereg postaci, które można czcić i prosić w modlitwach o wstawiennictwo u Boga, a z których pewne budzą prawdziwy entuzjazm dla świętości, podbijają wyobraźnię i serca chrześcijan na całym świecie (czego najlepszym przykładem jest błogosławiona, choć jeszcze nie kanonizowana Matka Teresa).
Oczywiście liczba kanonizacji „zwyczajnych” z konieczności znacznie przewyższa liczbę kanonizacji „prymarnych”, ale ci niemal niewidoczni, zwykli święci mogą odgrywać ogromnie inspirującą rolę, zwłaszcza w skali lokalnej. Na przykład, Jan Paweł II beatyfikował prostego księdza, siostrę zakonną i skromnego prawnika, pochodzących z Malty. W szerszej skali zdarzenie to przeszło niemal niezauważone, niby mały znaczek w wielkim kalendarzu aktywności Kościoła, że jednak są to pierwsi Maltańczycy wyniesieni na ołtarze, dla mieszkańców tej niewielkiej wyspy było to wydarzenie epokowe, dzięki któremu mogą teraz zanosić modły do swoich w niebie. Co więcej, jak niezmordowanie podkreślają urzędnicy kurialni, Jan Paweł pragnął zwrócić uwagę świata na przykłady świętości wśród ludzi, którym Kościół w przeszłości poświęcał zbyt mało uwagi, zwłaszcza wśród świeckich, obu płci, czy to żyjących w związkach małżeńskich, czy samotnie (prawie dwustu pięćdziesięciu ustanowionych przez Niego świętych to laicy, jak choćby pierwszy święty Puerto Rico, Carlos Manuel Rodríguez Santiago). I wreszcie, papież ten kanonizował setki męczenników, uzmysławiając dobitnie straszliwą prawdę, że XX wiek był najkrwawszym stuleciem w dziejach Kościoła.
Niewielu katolików, a w istocie i wiernych innych kościołów, kwestionuje tego rodzaju rozumowe uzasadnienia kanonizacji (jeśli abstrahować od samego kultu świętych, który kłopocze wielu protestantów) bądź kontestuje wolę Jana Pawła II zwrócenia uwagi świata na męczenników, świętych świeckich, a także tych, co są jak „liczby pierwsze”. Można by więc oczekiwać, że niemilknąca „kanonada kanonizacyjna” Jana Pawła II była muzyką dla uszu większości, jeśli nie wszystkich katolików.
Ale nie tak rzecz wyglądała. Zarzutów było multum, choć nie wszystkie można traktować poważnie. 15 października 2004 roku „The New York Times” w artykule wstępnym zaprotestował przeciwko beatyfikacji Karola I Austriackiego, nazywając go „słabym, przegranym obłudnikiem” i poczytując jego wyniesienie za wynik nieledwie intrygi „nostalgicznych monarchistów”, którzy zdołali jakoś urobić papieża. Trudno zgłębić przyczyny zainteresowania „Timesa” tym raczej zwyczajnym zdarzeniem, chyba że symetrycznie złożymy je na karb obecnych w redakcji sentymentów antymonarchistycznych. American Atheists, Inc. podchwycili ton, wyszydzając na swej stronie internetowej papieską „fabrykę świętych” i nazywając Jana Pawła II „Markiem McGwire watykańskiej maszyny do taśmowej produkcji świętych”. W 2002 roku ks. Richard M. McBrien wyraził w „USA Today” swe zdegustowanie ekspresowym tempem, jak to określił, kilku ostatnich kanonizacji, stwierdzając: „Po co ten pośpiech? Jeśli ktoś naprawdę poszedł do nieba, przekonamy się o tym w swoim czasie”. W rzeczy samej, tyle że gdyby wyciągnąć ostateczne konsekwencje logiczne z takiej postawy w stylu „poczekamy, zobaczymy”, należałoby w ogóle zaniechać kanonizacji.
Innych zarzutów nie da się jednak zbić równie łatwo. Część z nich polega na przypisaniu samemu Janowi Pawłowi II nadmiernej skłonności do mianowania świętych i z reguły sprowadza się do powiedzenia: „Co za dużo, to niezdrowo”. Ale tego typu krytyka jest znacznie mniej rozpowszechniona, niż można by oczekiwać. Powód tego jest dość prosty: aby uzasadnić sprzeciw wobec zbyt licznych kanonizacji, krytycy prawie zawsze wskazują w końcu konkretne przypadki, które ich zdaniem nie powinny uzyskać aprobaty Watykanu. I to jest właśnie potencjalne źródło siły argumentów antykanonizacyjnych, które jednak nie tylko nie są przekonujące, lecz przejawiają pospołu pewną kłopotliwą właściwość.
Za najbardziej kontrowersyjne kanonizacje przeprowadzone przez Jana Pawła II uchodzi następujące pięć przypadków:
* Edyta Stein (1891-1942), znana też pod imieniem zakonnym jako Teresa Benedykta od Krzyża, kanonizowana 11 października 1998 roku. Żydówka, która nim w wieku trzydziestu lat nawróciła się na katolicyzm i wstąpiła do zakonu karmelitanek, była uczennicą Edmunda Husserla. Aresztowana przez Niemców w Holandii w trakcie ogólnokrajowej łapanki zarządzonej po tym, jak biskupi holenderscy publicznie potępili antysemityzm. Zamordowana w Auschwitz.
* Męczennicy chińscy, kanonizowani 1 października 2000 roku. Grupa stu dwudziestu osób zamordowanych za wiarę, obejmująca osiemdziesięcioro siedmioro Chińczyków (w tym osiemdziesięcioro troje świeckich) i trzydziestu trzech zagranicznych misjonarzy. Zginęli w okresie od XVII do XX wieku, przy czym apogeum miało miejsce w czasie antyzachodniego powstania bokserów.
* Ojciec Pio (1887-1968), Francesco Forgione, kanonizowany 16 czerwca 2002 roku. Niesłychanie popularny kapucyn, ksiądz i stygmatyk, któremu przypisuje się w sposób udokumentowany i inne zdolności paranormalne, jak zdolność przebywania w dwu miejscach na raz, jasnowidzenie i cudowne uzdrowienia.
* Josemaría Escrivá de Balaguer (1902-1975), kanonizowany 6 października 2002 roku. Hiszpański ksiądz, który w 1928 roku założył Opus Dei, czyli prałaturę personalną, skupiającą księży i świeckich związanych obietnicą prowadzenia przykładnego życia w pełnym wymiarze codzienności.
* Juan Diego Cuauhtlatoatzin (1474-1548), kanonizowany 31 lipca 2002 roku. Meksykański Indianin, który doświadczył widzenia Maryi w stroju azteckiej księżniczki. Epifanię tę czci się jako Matkę Boską z Gwadelupy, patronkę obu Ameryk. Z wydarzeniem tym związana jest cudowna tilma, czyli peleryna, z naturalnej wielkości wizerunkiem Matki Boskiej.
Wszystkie te kanonizacje wywołały gwałtowną krytykę. Wyniesienie na ołtarze męczenników chińskich obudziło wściekłość władz w Pekinie, które rozpętały kampanię nie mającą chyba precedensu w całych dziejach kanonizacji, a i przypominającą jako żywo najbardziej apoplektyczne z wybuchów Mao. Postępek Watykanu, grzmiał Pekin, „szydzi z prawdy, wypacza historię, gloryfikuje imperializm, szkaluje miłujący pokój naród chiński, depcze uczucia i obraża godność Chińczyków”. Warto może przypomnieć, że jedną z męczennic jest czternastoletnia Anna Wang, którą ścięto za to, że zaśpiewała „bramy niebios stoją otworem”, a w tym samym czasie zamordowano jeszcze dziewięcioletniego chłopca i niemowlę. W odróżnieniu od tego zarzuty w stosunku do Escrivy i ojca Pio dotyczyły głównie ich postępowania: tego pierwszego oskarżano o to, że był człowiekiem skorym do gniewu, zachłannym i pomiatającym podwładnymi; ojciec Pio miał być kobieciarzem, fałszować stygmaty i w ogóle być prymitywnym reakcjonistą. Jeśli chodzi o Edytę Stein, jej główna wada polegała zdaje się na tym, że była Żydówką: skoro Niemcy zamordowali ją za to właśnie, nie zaś za katolicyzm, to nie mogła być męczennicą za wiarę. Wedle krytyków poczciwy Juan Diego, podobnie jak chińscy męczennicy, został nabity w butelkę przez imperialistów, o ile w ogóle istniał, a nie jest wymysłem obłudnych kolonialistów katolickich.
Argumenty te nie mają większej siły. Rzeczywiście zarówno Escrivá, jak i ojciec Pio nie są może postaciami świetlanymi pod wszelkim względem, ale – cóż można tu rzec – nie każdy święty jest wcieloną doskonałością. Hieronim miał cięty język, gorącą głowę i nie za wiele miłosierdzia; Matka Teresa bywała apodyktyczna; Ignacy – zawzięty. Ale nie ma cienia dowodu na to, że którekolwiek z nich popadło w grzech śmiertelny. Wady charakteru nie wykluczają chrześcijańskiej doskonałości, która, wedle Tomasza z Akwinu, polega „na miłości: głównie miłości Boga, w drugim rzędzie na miłości bliźniego” [Suma teologiczna, 2-2, 184, 3; Veritas, Londyn 1982, s. 206]. Tym, czego oczekujemy od świętego, jest raczej heroizm cnoty niż miłe usposobienie.
Hagiofile (neologizm, ale użyteczny) będą z pewnością bez końca z ukontentowaniem roztrząsać szczegóły tych sporów. Albowiem w stanowisku przeciwników uderza zgoła nieoczekiwana ironia. Każdy człowiek świadom ideologicznych prądów w łonie Kościoła katolickiego rozumie, że te pięć kontrowersyjnych kanonizacji dotyczy świętych reprezentatywnych dla głównego nurtu współczesnego katolicyzmu – korpusu myśli w sposób najbardziej wyraźny wyrażonej w dogmatycznej konstytucji Kościoła, przyjętej w czasie Soboru Watykańskiego II, Lumen gentium. Jan Paweł II z entuzjazmem zatwierdził wszystkie pięć kanonizacji, a wyniesieni tym samym na ołtarze ucieleśniają ową syntezę innowacji z tradycjonalizmem, jaka jest znamieniem jego pontyfikatu. I tak samo jasne jest, że większość protestów wypływało z tak zwanych „liberalnych” czy też „lewicowych” kręgów Kościoła katolickiego (choć trzeba pamiętać, że etykietki te odniesione do myśli katolickiej mogą oznaczać rzeczy istotnie różne od ich świeckich odpowiedników). Za wątpliwościami dotyczącymi temperamentu Escrivy albo istnienia Juana Diega – lub choćby w ich cieniu, żeby nie ferować ocen zbyt okrutnych – stoją interesy polityczne, jako że zwolennicy Kościoła zdecentralizowanego i postępowego woleliby rzecz jasna, aby nie wynoszono na ołtarze świętych postrzeganych jako ucieleśnienie katolicyzmu tradycyjnego i wedle nich już przebrzmiałego.
I tak oto prawda, jak to często ma miejsce w historii świętych, odnosi zdumiewające zwycięstwo. Albowiem oponenci najwyraźniej wpadli we własne sidła archaicznego rozumienia tożsamości etnicznej, religijnej i kulturowej. Weźmy przypadek Edyty Stein. Czyżby prawdą było, że Żydówka nie może być katoliczką, że nawrócenie jest pogwałceniem żydowskiej tożsamości? To delikatna i sporna kwestia, niemniej faktem jest, że wielu Żydów nawróciło się na chrześcijaństwo, a jednocześnie nadal uważa się za Żydów; w chrześcijaństwie widzą kulminację, a nie zaprzeczenie własnego żydostwa.
Zastrzeżenia w stosunku do Juana Diega, którego przedstawia się jako poczciwca oszukanego przez imperialistów, niosą podobne przesłanie: że prawdziwy Indianin nie może stać się katolikiem, że aby tego dokonać, musiałby zburzyć własną tożsamość Indianina. (Zauważmy, że identyczny argument wytaczano w odniesieniu do nawrócenia wielkiego Siuksa i katolickiego wizjonera Nicholasa Black Elka [Czarnego Łosia].) Oburzenie Pekinu wobec wyniesienia na ołtarze chińskich męczenników wypływało po części z innego atawizmu, który zasługuje na miano ksenofobii kulturowej. A i za zarzutami pod adresem ojca Pio wyczuwamy jeszcze inną postać bigoterii kulturowej, której znamieniem jest brak akceptacji dla chłopskich manier.
Jednocześnie, i znów na zasadzie osobliwej ironii, opozycja liberalna przeciwdziałała umocnieniu roli świeckich w Kościele. Juan Diego jest może najważniejszym laikiem w dziejach kościoła meksykańskiego; Escrivá uczynił więcej niż ktokolwiek inny w XX wieku dla wypracowania katolickiego wzorca świeckiej świętości. Kościół desperacko potrzebuje skutecznego i dojrzałego intelektualnie programu kształtowania duchowości świeckiej (czegoś bardziej treściwego niż papka oferowana przez wiele lub nawet większość programów RCIA – katechumenatu dla dorosłych); Opus Dei nie jest może najlepszym rozwiązaniem, niemniej stanowi doniosły pierwszy krok.
Sprzeciw wobec przywołanych tu kanonizacji wyrażały przede wszystkim elity, a nie masy. W rzeczy samej jego źródłem były często kręgi niekatolickie. Kto może wątpić, że wierni opowiedzieli się nadzwyczaj jasno i zdecydowanie za wyniesieniem na ołtarze ojca Pio i Juana Diega? Dziesięć milionów ludzi wyległo na ulice stolicy Meksyku po ogłoszeniu Juana Diega świętym, pół miliona brało udział w uroczystościach kanonizacyjnych ojca Pio na Placu św. Piotra. Każdy, kto pragnie, aby Kościół słuchał głosu wiernych, musi być uradowany tymi kanonizacjami.
Godnym uwagi aspektem sprzeciwu jest widoma obawa przed Balthasarowymi „liczbami pierwszymi”, świętymi, którzy wyznaczają nowe wzorce świętości lub przynajmniej znaczą nowe drogi w duchowych dziejach ludzkości. Escrivá zapoczątkował nowe rozumienie świętości świeckich; Stein dała przykład odwagi i nadziei wcale niebagatelnej rzeszy Żydów-katolików; Juan Diego zademonstrował owo szczególne połączenie świętości, żarliwości, spektaklu i ofiary z siebie, jakie jest znamieniem tak wielkiej części latynoamerykańskiego katolicyzmu.
Kanonizacje przeprowadzone przez Jana Pawła II wywracają na nice przeświadczenia o rzekomym „konserwatyzmie” jego pontyfikatu. Przywołani tu święci są radykalną manifestacją świętości w samym sercu Kościoła. Na użytek tych katolików, którzy – pomimo tylu błogosławieństw – mieliby jeszcze wątpić o tych świętych, wypada przypomnieć, że w oczach Kościoła wszystkie kanonizacje są nieomylne. Należą do kategorii faktów dogmatycznych, które zostały ustalone w sposób definitywny i wymagają zgody wszystkich wierzących. Czy znaczy to, że należy zdławić wszelki sprzeciw wobec proponowanych kanonizacji? Bynajmniej. Do pewnego stopnia sprzeciw taki spełnia tę samą funkcję, jaką niegdyś pełnił adwokat diabła (uczestnik procesu kanonizacyjnego, którego jedynym zadaniem było wyszukiwanie i podnoszenie wszystkiego, co mogłoby uniemożliwić kanonizację). Szczera niezgoda, wyrażona w stosownym czasie, jest bezcenną wskazówką dla Kościoła.
A cóż powiemy o przyszłości? Jak dotąd nic nie wskazuje na to, że ów wezbrany strumień kanonizacji miałby opadać w czasie pontyfikatu Benedykta XVI. Jednym z pierwszych posunięć nowego papieża było przyspieszenie beatyfikacji Jana Pawła II, który sam jest „liczbą pierwszą” par excellence. Oczekujemy, że Jan Paweł II zostanie z czasem ogłoszony nie tylko świętym, ale i – jako trzeci papież po Grzegorzu Wielkim i Leonie Wielkim – doktorem Kościoła.
W książce Przekroczyć próg nadziei Jan Paweł II – myśląc zwłaszcza o dwudziestowiecznych męczennikach, lecz w szerszym sensie odnosząc się do wszystkich świętych – powiada, że „znajdują się u podwalin nowego świata, nowej Europy i nowej cywilizacji” [Jan Paweł II, Przekroczyć próg nadziei, Lublin 1994, s. 135]. Owa świadomość odnowy jest już obecna w samym Kościele, zjawiła się wraz z ożywczym tchnieniem pontyfikatu Jana Pawła II, który zapoczątkował lub umocnił nowe formy aktywności kościelnej – od Światowych Dni Młodzieży po takie ruchy świeckich, jak Focolare czy Komunia i Wyzwolenie – i który obdarzył nas jego kanonadą kanonizacyjną.
Te kanonizacje są znakiem odwrócenia posoborowej tendencji „ociosywania ołtarzy”: powstrzymania przejawiającej się na wiele sposobów – od umniejszania roli kategorii grzechu w homiletyce po usuwanie figur świętych z parafialnych kościołów – inwazji ideologii laickiej w życie katolików. Kanonizować to tyle co odnawiać więź między niebem i ziemią; każda kanonizacja w pewnym sensie na nowo uświęca świat.
Ale jak sprowadzić na świat tego ducha nowości, odrodzenia i nadziei? Działanie polityczne ma wielkie znaczenie, ale, jak stale podkreślał Jan Paweł II, niezbędna jest też praca na poziomie personalnym, zachęcanie wiernych do świętości. Jedynie dzięki wykorzenieniu problemu na najbardziej podstawowych szczeblach – na poziomie osoby i rodziny – kultura pogrążona w hipnotycznym transie narcyzmu przebudzi się do cywilizacji opartej na umiłowaniu Boga i umiłowaniu bliźniego. Ku temu wskazują drogę święci; zaiste, tylko oni mogą wskazać tę drogę.
Nie należy nigdy nie doceniać siły świętości. Przez wielką część minionych dwu dekad pracowałem ramię w ramię z wątpiącymi chrześcijanami, z byłymi chrześcijanami, którzy zwrócili się ku jodze, buddyzmowi, New Age i innym formom duchowości, a także z zatwardziałymi niedowiarkami. Większość z tych ludzi odnosi się z zimną obojętnością do struktur kościelnych, ale wszyscy myślą ciepło o świętych. Kochają świętych. Święci przemawiają do każdego, ponieważ ukazują nam, jakie może i jakie powinno być życie. Możliwe, że łaknienie świętości tkwi w każdym człowieku, że jest swoistym przedłużeniem powszechnej tęsknoty za Bogiem. Czemu nie sycić tego łaknienia? Jeśli pragniemy urzeczywistniać wizję „nowej cywilizacji”, którą ukazał nam Jan Paweł II, a której kustoszem jest dzisiaj Benedykt XVI, czy możemy uczynić coś lepszego, niż darować światu naszych świętych, radośnie i szczodrze.  
Najnowsza książka Philipa Zaleskiego to napisane wspólnie z żoną Carol studium Prayer: A History, Houghton Miffl in.
Tłum. Michał Szczubiałka
Pierwodruk: FIRST THINGS 161 (marzec 2006)