Polecam

ekai.pl/blogi/ksignacy

Blog księdza z Opus Dei z Poznania

Ks. Ignacy Soler

Ks. dr Ignacy Soler, urodzony w Alcañiz, w Hiszpanii (1955). Na Uniwersytecie Complutense w Madrycie ukończył studia matematyczne (1977). Stopień naukowy doktora nauk teologicznych uzyskał w 1983 na Uniwersytecie Navarry w Pamplonie. W 1981 został wyświęcony na kapłana prałatury personalnej Opus Dei. Od 1994 mieszka w Polsce.

Na OpusDei.pl
Opus Dei - Szukając Boga w życiu codziennym
Opus Dei jest prałaturą personalną Kościoła katolickiego. Założył je w 1928 r. św. Josemaría Escrivá. Jej zadanie polega na przekazywaniu innym, że praca i zwykłe okoliczności są okazją do spotkania z Bogiem, do służenia innym i do poprawy społeczeństwa.
Opus Dei - Szukając Boga w życiu codziennym
Szuflada Artykuły o Opus Dei Rozkodowany Brown
REKLAMA
Reklama

PostHeaderIcon Rozkodowany Brown


Krzysztof Jasiński, Sobota-Niedziela, 6-7 maja 2006, Nr 105 (2515)
"Bluźnierstwo kiełkuje dobrze tylko w cieniu jakiejś prawdy. Nawet diabeł znudzony wymyka się cichaczem z miejsc, gdzie chrześcijaństwo gaśnie" - ten aforyzm Nicolasa Gomeza Davili może w jakimś stopniu tłumaczy zainteresowanie książką "Kod Leonarda da Vinci" Dana Browna. Nakręcony na jej podstawie przez reżysera Rona Howarda film wchodzi w tym miesiącu na ekrany kin.
Chrześcijanom nie pozostaje nic innego jak bojkot filmu - podkreśla ks. abp Angelo Amato, sekretarz Kongregacji Nauki Wiary. Przemawiając podczas sympozjum zorganizowanego przez rzymski Uniwersytet Świętego Krzyża, ks. abp Amato powiedział, że film Howarda powinien zakończyć się podobną finansową klapą jak "Ostatnie kuszenie Chrystusa" Martina Scorsese. "Gdyby te kalumnie i zniewagi były na temat Koranu czy holokaustu, to słusznie wywołałyby bunt na całym świecie, ale jako zwrócone przeciwko Kościołowi i chrześcijanom uchodzą bezkarnie" - zauważył hierarcha. Do bojkotu "Kodu" wezwał również włoski katolicki dziennik "Avvenire". Jaki przekaz zakodował Brown?
Reklamy uczyniły z "Kodu Leonarda da Vinci" jedną z najlepszych powieści sensacyjnych ostatnich lat. Fabuła opowiada o tajemniczym morderstwie popełnionym na kustoszu paryskiego Luwru. Zagadkę rozwikłają sprowadzony specjalnie z Harvardu (cóż by ci biedni Europejczycy poczęli bez wspaniałej Ameryki...) specjalista z dziedziny symboliki religijnej i agentka francuskiej policji.
Tyle fabuła. Jednak w powieści od początku do końca przewija się też jasna i konkretna ideologia. Ofiara morderstwa, Jacques SauniŻre, był członkiem Zakonu Syjonu. Według autora powieści, organizacja ta powstała w XI w., by strzec Świętego Graala. I tu Brown rozpoczyna indoktrynowanie czytelnika swoją, czy też raczej przepisaną z pewnych XIX- i XX-wiecznych pseudonaukowych książek, wizją historii chrześcijaństwa.

Skandaliczne bluźnierstwa
Jezus prezentowany przez Browna to karykatura Zbawiciela, uderzająca w samego Boga. Zgodnie z tą wizją Jezus, którego Brown ani razu nie nazywa Chrystusem, nie chciał, aby Kościół nauczał o Jego boskości. Dogmat ten ustalono dopiero na początku IV wieku, wcześniej chrześcijanie uznawali Jezusa za zwykłego śmiertelnika. Istotnie, dziwni ci chrześcijanie - wytrwać trzy wieki nieraz straszliwych prześladowań w imię wiary w śmiertelnika!
W rzeczywistości oczywiście już w Nowym Testamencie mamy potwierdzenie wiary w bóstwo Chrystusa Pana. Pisze o nim między innymi św. Paweł w Liście do Rzymian ("Chrystus, który jest ponad wszystkim, Bóg błogosławiony na wieki" - Rz 9, 5), liczne nawiązania mamy w Ewangeliach (władza odpuszczania grzechów - Mt 9, 6; władza sędziowska - J 5, 27; jedność z Ojcem - J 10, 30; wszelka władza w niebie i na ziemi - Mt 28, 18; wreszcie wyznanie św. Tomasza Apostoła "Pan mój i Bóg mój" - J 20, 28). Wierzą w ten dogmat św. Ignacy Antiocheński i święty Ireneusz z Lyonu (I/II w.).
Według Browna, przesłaniem rzekomo ustanowionej przez Jezusa religii miało być przywrócenie tak zwanej "sakralności żeńskiej" - w tym celu Jezus wybrał na przywódczynię Kościoła swoją żonę (sic!) Marię Magdalenę, która w czasie ukrzyżowania miała być w ciąży. Potomkowie Jezusa i Marii Magdaleny stworzyli następnie dynastię Merowingów, ich kolejni następcy żyją do dziś. I to oni - potomstwo Jezusa - są określani mianem Świętego Graala (Królewska Krew - Sang Real - San Graal) - to ich bezpieczeństwa strzeże Zakon Syjonu przed zakusami niedobrego Kościoła katolickiego, który sprzeniewierzył się przesłaniu Jezusa i usunął w cień postać Marii Magdaleny. Następnie bojąc się, że oszustwo wyjdzie na jaw, całe wieki "polował" na potomków Jezusa.
Czy można sobie wyobrazić, że ktoś pisze książkę, w której twierdzi, że celem żydów jest śledzenie i mordowanie potomków Mojżesza? Albo że celem ewangelików jest śledzenie i mordowanie potomków Lutra? Jednak dzisiejszy świat przyjmie za dobrą monetę każdy absurd, jeżeli będzie dotyczył on katolików.
Brown stara się sprawić wrażenie, że obok sensacji sprzedaje nam owoc swoich szczegółowych badań naukowych z dziedziny historii religii. Jakież to owoce? Oto kulminacyjnym momentem dwóch tysiącleci dziejów Kościoła staje się rok 325. Odbył się wówczas sobór powszechny w Nicei - pisze autor, i na tym kończy się zgodność jego wywodów z faktami. Na soborze tym faktycznie potępiono doktrynę arianizmu, negującą bóstwo Chrystusa Pana - aż dziw, że Brown o tym nie wspomina, choć byłby to wygodny pretekst dla jego twierdzeń.
Zamiast tego wmawia nam, że właśnie w 325 roku z "setek" (!) Ewangelii wybrano cztery, wcale nie najwcześniejsze, za to spisane przez stronników Piotra i jego następców. Za tym "doktrynalnym zamachem stanu" miał stać cesarz Konstantyn, któremu zależało na wykorzystaniu chrześcijaństwa do celów politycznych. Czy jest możliwe, żeby ojcowie soborowi, którzy niewiele lat wcześniej nie ugięli się podczas straszliwych prześladowań za Dioklecjana, mieli teraz dokonywać fundamentalnych zmian w nauce Kościoła tylko po to, by pójść na rękę cesarzowi?
Właśnie ta zmiana miała zaowocować wspomnianym wyżej "uchwaleniem" dogmatu o bóstwie Chrystusa, co definitywnie zakończyło istnienie chrześcijaństwa takiego, jakim według Browna było w pierwszych wiekach - pogańskiej ideologii poszukiwania "sakralności żeńskiej".
Zamiast tego Kościół popadł w sui generis "obsesję antykobiecą", czego przejawem miało być rzekome spalenie w czasach nowożytnych pięciu milionów (!) kobiet, jako czarownic.
Brown oczywiście nie mówi nic o tym, że takie wypadki, jeśli się zdarzały, to głównie na terenach ogarniętych wojnami religijnymi i rewoltą protestancką. Jasno daje do zrozumienia, że zbrodni - i to na taką skalę - dokonał Kościół katolicki.
Tu dygresja - w powieści używa się sformułowania "Watykan" jako synonimu Kościoła, niezależnie od tego, o jakim okresie historii jest mowa. To kolejny dowód "profesjonalizmu" Browna, który najwyraźniej nie wie, że historia Watykanu jako Stolicy Apostolskiej liczy zaledwie - zależnie od tego, którą datę graniczną przyjmiemy - 77 lub 136 lat. Wcześniej (ale dopiero od XIV w.) Papieże również rezydowali na tym wzgórzu, jednak nie było ono w żaden sposób wydzielone z Rzymu. Synonimem Stolicy Świętej do XX w. była raczej nazwa Wieczne Miasto.
Katolicy - poucza nas dalej Brown - do tej pory dziedziczą jednak swą pogańską przeszłość, choćby w świętowaniu niedzieli, dla którego nie widzi on innego wytłumaczenia, jak tylko to, że jest ona pogańskim dniem słońca (sunday). Podobnie 25 grudnia to starożytne święto Słońca Niezwyciężonego. Motyw ten przewija się w "Kodzie Leonarda da Vinci" bez przerwy, jednak do zupełnej skrajności dochodzi w drugiej antykatolickiej powieści Browna - "Anioły i demony", gdzie również występuje harwardzki wykładowca nieistniejącego przedmiotu "symboliki religijnej", Robert Langdon.
"Przepraszam - odezwała się ponownie dziewczyna z pierwszego rzędu - ale ja przez cały czas chodzę do kościoła i nie widzę, żeby czczono tam słońce.
- Naprawdę? A co świętujecie dwudziestego piątego grudnia?
- Boże Narodzenie. Dzień narodzin Jezusa Chrystusa.
- Tyle że zgodnie z Biblią Jezus urodził się w marcu, więc dlaczego świętuje się to pod koniec grudnia?
Cisza".
Oczywiście w rzeczywistości nie byłoby żadnej "ciszy", tylko prośba, by błyskotliwy pan profesor podzielił się rewelacyjnym odkryciem o "marcu" w Ewangeliach. W otoczeniu mnóstwa fantazji Browna ta kolejna najbardziej dziwi chyba dlatego, że trudno pojąć, jak może się sprzedawać w Stanach Zjednoczonych, gdzie Pismo Święte jest tak ważnym elementem tradycji.
Gwoli wyjaśnienia przypomnijmy, skąd się wziął termin 25 grudnia.
W pierwszych wiekach chrześcijanie wspominali śmierć Pana Jezusa 25 marca. Zgodnie ze starą żydowską tradycją przyjęło się uważać, że wielcy prorocy umierali w rocznicę swego poczęcia, dlatego w tym samym dniu zaczęto świętować Zwiastowanie Pańskie. Ta uroczystość pozostała do naszych czasów, mimo że Wielkanoc stała się później świętem ruchomym. Naturalnie Boże Narodzenie nadal obchodzimy 9 miesięcy po Zwiastowaniu.
Wróćmy jednak do "Kodu Leonarda da Vinci". Wiemy już, że niedobry Kościół katolicki ("Watykan") ściga przez całe średniowiecze i czasy nowożytne potomków Jezusa i Marii Magdaleny, nie cofając się przed morderstwami. Ochroną prześladowanym służy Zakon Syjonu1. Członkiem powieściowego Zakonu Syjonu ma być między innymi Leonardo, który w swoich dziełach, takich jak "Mona Lisa" czy "Ostatnia Wieczerza", ukrył przekaz o Marii Magdalenie i "zagubionym żeńskim sacrum".
Leonardo w oryginalnym tytule książki nazwany został tylko "da Vinci". Jest to tak rażące, że litościwy polski wydawca zmienił nawet tytuł na "Kod Leonarda da Vinci", jednak nie ulega wątpliwości, że dla Browna samo "da Vinci" jest nazwiskiem genialnego twórcy. To tak, jakbyśmy bohaterom Sienkiewiczowskich "Krzyżaków" zabrali imiona Zbyszko i Maćko, zostawiając samo "z Bogdańca". "Da Vinci" oznacza po prostu "z Vinci", bo Leonardo rzeczywiście urodził się w tej miejscowości.

Fantazje o Opus Dei
Oczywiście opis teraźniejszości Kościoła również w "Kodzie Leonarda da Vinci", delikatnie mówiąc, odbiega od rzeczywistości. Wprawdzie Brown zapewnia nas, że dziś już "Watykan" nie jest aż tak niedobry, by palić czarownice, ale... nadal istnieje w nim niebezpieczna ekstrema. Jej najnowszym wcieleniem jest dla Browna Opus Dei.
Nazwa Dzieła przewija się przez karty powieści od początku do końca, można powiedzieć, że "Kod Leonarda da Vinci" jest zapisem projekcji Browna na temat Opus Dei. Projekcji, która odpowiada prawdzie w równym stopniu, co opisane wcześniej rewelacje o Chrystusie, Kościele czy choćby Leonardzie.
Można powiedzieć, że Brown serwuje nam "twórcze rozbudowanie czarnej legendy" Opus Dei, legendy, której echa dotarły też do Polski. Głosi ona, że Dzieło jest organizacją tajemniczą, wpływową, niebezpieczną, dążącą do władzy w Kościele, a nawet poza nim. Nierzadko oskarża się Opus Dei wręcz o sekciarstwo.
W tym kierunku idzie autor "Kodu", przedstawiając w skrajnie karykaturalnym świetle zagadnienie fizycznego umartwienia - czytelnik w żadnym wypadku nie dowie się, że chodzi tu o uczestniczenie w zbawczym cierpieniu Chrystusa czy o pokutę za grzechy swoje lub innych, odniesie natomiast wrażenie, że jest to jakaś forma masochizmu.
Kolejną fantazją autora jest rzekome ślepe posłuszeństwo obowiązujące członków Dzieła wobec swoich przełożonych - posłuszeństwo, które wiedzie jednego z negatywnych bohaterów "Kodu" - Sylasa - od zbrodni do zbrodni. W dzisiejszym Kościele bowiem to właśnie Opus Dei zajmuje się "polowaniem" na potomków Merowingów.
Jakżeby inaczej? Dziełu stawiano już tyle zarzutów, również wzajemnie sprzecznych - jak na przykład sympatie prożydowskie i profaszystowskie - że właściwie dlaczego by go nie oskarżyć o skrytobójstwa?
Ów zbrodniarz - członek Opus Dei, jest według Browna... mnichem! Mnichem Opus Dei. Ten szczegół chyba najdobitniej świadczy o tym, do jakiego stopnia Brown pozostaje ignorantem w sprawach, o których chciałby nas pouczać.
W Opus Dei nie ma mnichów. Dzieło jest propozycją (bardzo interesującą) dla "zwykłych" świeckich wiernych. Racją bytu Opus Dei jest bowiem pomoc chrześcijanom, zazwyczaj posiadającym własne rodziny, w dążeniu do świętości. Przy czym dążenie to nie dokonuje się poza światem doczesnym, ale ma głęboki związek z życiem codziennym, które ma być drogą do świętości2. Oczywiście gdy któryś z członków poczuje powołanie kapłańskie, po stosownych studiach może przyjąć święcenia i zostać księdzem (należącym do Stowarzyszenia Kapłańskiego Świętego Krzyża, podległym swemu biskupowi - prałatowi Opus Dei, jak księża diecezjalni podlegają swoim ordynariuszom). Ale zakonników w Opus Dei nie ma, w ośrodkach Dzieła nie ma dla nich cel - co wmawia Brown. Domy Opus Dei przypominają domy zwykłych rodzin.
Owa świeckość Dzieła wiąże się nierozerwalnie z zagadnieniem wolności stanowiącej jedną z najważniejszych cech charakterystycznych Opus Dei, a sprawiającej, że jeśli ktoś szuka sekciarstwa, to gorzej trafić nie mógł. W rzeczywistości bowiem Opus Dei zajmuje się tylko sprawami duchowymi, pozostawiając wiernym zupełną swobodę w sprawach doczesnych ("w zakresie wyznaczonym przez wiarę i moralność katolicką oraz dyscyplinę Kościoła" - precyzuje stosowny dokument wydany w 1982 r. przez Stolicę Apostolską).
Pod koniec powieści, po ponad pięciuset stronach zrażania czytelnika do Kościoła i Opus Dei, Dan Brown stara się stworzyć wrażenie obiektywizmu i wyjaśnia, rozwiązując "zagadkę" morderstwa, że Dzieło było tak naprawdę narzędziem kogoś innego, kto realizował własne interesy. Jednak w rzeczywistości autor nie odwołuje swoich oskarżeń o niebezpieczne sekciarstwo i dążenie do władzy. Rysując postać biskupa Manuela Aringarosy (rzekomo odpowiednik prałata Opus Dei don Javiera Echevarríi), czyni z niego właśnie takie naiwne narzędzie złoczyńcy.
Ów "naprawdę zły facet" powieści Browna zdołał omamić Aringarosę, gdyż dzwoniąc do niego, jak czytamy, "przedstawił się jako Nauczyciel - tytuł powszechnie używany w prałaturze". Gdyby nie liczba dowodów na zupełną ignorancję amerykańskiego autora, należałoby go oskarżyć o kolejne celowe bluźnierstwo, gdyż mianem Nauczyciela św. Josémaría określał w swoich pismach jedynie Chrystusa Pana.
Do układu z "Nauczycielem" - tym powieściowym - popycha biskupa troska o - można powiedzieć - "ziemską chwałę" Dzieła i... konflikt z Papieżem.

Atak na Jana Pawła II Wielkiego
Pisząc swą powieść kilka lat temu, Brown umiejscawia jej akcję kilka miesięcy po śmierci Ojca Świętego Jana Pawła II. Z trudem ukrywa swoją niechęć do Papieża Polaka, tudzież pragnienie, by ów moment nadszedł jak najszybciej. Podobnie jak inni głosiciele postępu, daje wyraz naiwnej nadziei, że po Janie Pawle II nastanie Papież "liberalny". Ów następca ma "zrobić porządek" z Opus Dei. Organizacja ta bowiem - kontynuuje Brown - dzięki zbyt ścisłym "związkom" z Janem Pawłem II, a także tajemniczym - w domyśle nieuczciwym - machinacjom finansowym zdobyła zbyt wiele "przywilejów". Liberalny Papież ma, według Browna, ekskomunikować Dzieło. Wykluczyć Opus Dei z Kościoła.
Trudno wyobrazić sobie takie wydar zenie. Opus Dei nie ma własnej nauki, naucza dokładnie tego, co Kościół. Elementy jego duchowości znamy z powszechnej duchowości katolickiej: Msza św., Różaniec, akty strzeliste, nabożeństwo do Najświętszej Maryi Panny, św. Józefa. Stosunek do Papieża można określić starym "Ubi papa, ibi Ecclesia". Sam założyciel pisze: "Katolicki, Apostolski, Rzymski! - Cieszę się, że jesteś bardzo rzymski. I że pragniesz odbyć swoją 'pielgrzymkę do Rzymu', videre Petrum, aby zobaczyć Piotra".
Czy można sobie wyobrazić, jak wierni Opus Dei, żyjący przecież tym duchem, opuszczają Ojca Świętego?
To pragnienie nadania Dziełu "wymiaru rzymskiego", uniwersalnego, sprawia, że już w latach 40. św. Josémaría przenosi się do Wiecznego Miasta. Właśnie w Rzymie przy viale Bruno Buozzi - nie, jak sugeruje Brown, w Nowym Jorku przy Lexington Avenue - mieści się "główna siedziba" Opus Dei - prałacki kościół Najświętszej Maryi Panny Królowej Pokoju. Ale Brownowi akurat udało się dowiedzieć, że budynek w Nowym Jorku kosztował 47 milionów dolarów. Trudno, żeby kosztował 47 centów... Istnieje, jak wiemy skądinąd, grupa ludzi, którzy uwielbiają zestawiać pojęcia takie jak "ksiądz", "Kościół", "katolicki", "zakonnik" z okrągłymi sumami w różnych walutach. W razie potrzeby także z maybachami i helikopterami.
Na koniec dodajmy jeszcze jedną ciekawą rzecz. Trudno nie zauważyć, że Brown stwarza wrażenie, iż Kościół zatarł prawdę o człowieczeństwie Jezusa, którą to prawdę ujawnia teraz jego powieść. Czy to nie hipokryzja, ośmieszać najpierw Boże Narodzenie (więc przyjście Boga na świat w ludzkim ciele), by potem oskarżać chrześcijan o "odczłowieczanie" Jezusa? Miliard katolików co tydzień zaprzecza temu oskarżeniu, wyznając w Credo: "stał się człowiekiem". Ale - co charakterystyczne - szczególnie o tym człowieczeństwie mówi nie kto inny jak założyciel Opus Dei: "Choćbyśmy rozważali już te prawdy wiele razy, zawsze powinno napełniać nas zdumienie na myśl o trzydziestu latach spędzonych w ukryciu, stanowiących większą część pobytu Jezusa wśród Jego braci ludzi. Lata okryte cieniem, ale dla nas jasne jak światło słońca. A raczej jak blask oświetlający nasze dni i nadający im prawdziwe znaczenie, gdyż jesteśmy zwykłymi chrześcijanami, prowadzącymi zwyczajne życie, podobne do życia tylu milionów ludzi w najróżniejszych zakątkach świata"3.
Panie Brown, panie Howard - kto tu zamazuje prawdę o Chrystusie?

To tylko film?
Czy można taką książkę (wkrótce film) potraktować jako niewinną rozrywkę? Przyznam, że nie jestem w stanie uczciwie ocenić, czy powieściowa sensacja sama w sobie jest wysokich czy niskich lotów. Ciągły atak na chrześcijaństwo, opary absurdu, morze ignorancji historycznej i wręcz zwykłej głupoty utrzymującej standard "Kodu" na poziomie poniżej tabloidów skutecznie uniemożliwiają udzielenie rzetelnej odpowiedzi. Ale nawet gdyby była to niezła sensacja - nie należy zapominać o pewnych zasadach.
Czytając choćby "Quo vadis", wierzymy Sienkiewiczowi, że umiejscowił on akcję swojej powieści w realiach odpowiadających rzeczywistości historycznej czasów Nerona (na tyle, na ile znano ją w czasach Sienkiewicza); i wierzymy, że nasz noblista uczciwie się z ówczesną wiedzą zaznajomił. Wiemy, że postaci Ligii czy Ursusa są fikcyjne (choć jest to fikcja prawdopodobna), ale też wiemy, że Neron czy Petroniusz istnieli naprawdę. Neron naprawdę prześladował chrześcijan, a męczeństwo tych ostatnich naprawdę było przejmującym świadectwem wiary.
Brown stara się stworzyć wrażenie, że prowadzi nas przez podobnie sprawdzone ścieżki historii. Rekordy sprzedaży, jakie osiąga "Kod Leonarda da Vinci", ekranizacja, ale przede wszystkim fakt bezkrytycznego przyjmowania serwowanych tam przekłamań i półprawd wskazują, że czyni to skutecznie. W Kanadzie 32 proc. (!) czytelników wierzy w konfabulacje autora "Kodu". O dziwo, gdyż nawet dla chrześcijanina niezbyt obeznanego z historią, ale po prostu wiedzącego, w co wierzy, manipulacje w omawianej książce są zbyt ewidentne.
Niestety, wygląda na to, że w dzisiejszych czasach - w Polsce, we Włoszech, w Stanach Zjednoczonych - świadomość znajduje się na tak niskim poziomie, iż książka Browna jest szkodliwa. Nie warto więc przykładać ręki do tej popularności. Istnieje jednak jeszcze jeden argument przeciw. Ekranizacja "Kodu Leonarda da Vinci" nie stanowi zagrożenia dla wiary świadomego chrześcijanina, ale podobnie jak w przypadku obrazu, który obrażałby Polskę czy naszych bliskich, honor nie pozwala na postawę "wprawdzie to są kłamstwa, ale film dobrze zrobiony".
Krzysztof Jasiński

[1] Struktura taka pojawia się rzeczywiście w historii Francji jednak dopiero w XIX i XX w. - jako nazwa organizacji nacjonalistycznej; jej przywódca w latach 50. faktycznie twierdził, że jest potomkiem Merowingów i fałszował dokumenty w celu potwierdzenia tej tezy.
[2] Dla nas, żyjących po Soborze Watykańskim II, brzmi to jak oczywistość, jednak nie zawsze było to aż tak oczywiste. W 1939 r., gdy ogół katolików w Hiszpanii mógł wreszcie odetchnąć po krwawych latach wojny domowej, w stosunku do Opus Dei nasiliły się prześladowania ze strony - jak mawiał Założyciel Dzieła, św. Josémaría - "los buenos" - dobrych ludzi, którzy "czynili wiele zła, myśląc być może, iż oddają przysługę Bogu". Nie tylko straszono rodziny członków Dzieła, że ich krewni zmierzają do piekła (!), gdyż "wmówiono im", że można osiągnąć świętość pośród świata, ale także doprowadzono założyciela przed specjalny trybunał wojskowy. To właśnie tam oskarżono Opus Dei, że jest "żydowskim odłamem masonerii".
[3] Homilia z 24 XII 1963 r. "Patrzeć na Dziecię, naszą miłość", w: Josémaría Escrivá de Balaguer, "To Chrystus przechodzi".