Polecam

ekai.pl/blogi/ksignacy

Blog księdza z Opus Dei z Poznania

Ks. Ignacy Soler

Ks. dr Ignacy Soler, urodzony w Alcañiz, w Hiszpanii (1955). Na Uniwersytecie Complutense w Madrycie ukończył studia matematyczne (1977). Stopień naukowy doktora nauk teologicznych uzyskał w 1983 na Uniwersytecie Navarry w Pamplonie. W 1981 został wyświęcony na kapłana prałatury personalnej Opus Dei. Od 1994 mieszka w Polsce.

Na OpusDei.pl
Opus Dei - Szukając Boga w życiu codziennym
Opus Dei jest prałaturą personalną Kościoła katolickiego. Założył je w 1928 r. św. Josemaría Escrivá. Jej zadanie polega na przekazywaniu innym, że praca i zwykłe okoliczności są okazją do spotkania z Bogiem, do służenia innym i do poprawy społeczeństwa.
Opus Dei - Szukając Boga w życiu codziennym
Szuflada Artykuły o Opus Dei Pranie kołnierzyków na chwałę Boga
REKLAMA
Reklama

PostHeaderIcon Pranie kołnierzyków na chwałę Boga

NOWE PANSTWO NR 3/2006
0 książce Johna L. Allena jr Opus Dei rozmawiają Paweł Skibiński i Szymon Hołownia.
 
* PAWEŁ SKIBIŃSKI: W książce Johna Allena Opus Dei mamy do czynienia ze spojrzeniem człowieka, który jest katolikiem, a jednocześnie stara się - i udaje mu się to - zachować dystans do Kościoła i katolickiej duchowości, by wsłuchać się także w argumentację jego krytyków. Jest to rzadka postawa, ponieważ na ogół autorzy piszący, na przykład, o Dziele Bożym skłaniają się albo w stronę jednoznacznej apologii, albo brutalnego ataku. John Allen unika i jednej, i drugiej skrajności. Po części stanowi to też o słabości tej książki. Tę przybraną przez autora maskę obiektywnego reportażysty momentami trudno znieść, bo jednak - moim zdaniem - w pewnych sytuacjach trzeba się opowiedzieć po którejś stronie. Allen stara się natomiast zachować maksimum dystansu. Mimo to jego książka jest jedną z nielicznych pozycji, które z czystym sumieniem mógłbym polecić komuś, kto nie ma zielonego pojęcia o Opus Dei i chce się czegoś dowiedzieć, bo rzeczywiście jest to kompetentny reportaż.

* SZYMON HOŁOWNIA: W tej kwestii sporów między nami nie będzie. Uważam, że to jest bardzo pożyteczna książka. Ta maska, którą nazywa pan „nieznośną", jest charakterystyczna dla amerykańskiego stylu pisania. Oni, zanim przejdą do meritum, muszą odprawić całą tę grę wstępną, pochwalić się, ile przejechali kilometrów, ile wydali pieniędzy, ile im to zajęło czasu. Allen stara się uniknąć podejrzenia, że Opus Dei go w jakiejkolwiek sprawie finansowało. Natomiast jego książka jest nowa w jednej rzeczy. Po raz pierwszy ma szansę dotrzeć do szerokiej publiczności przekaz, że Opus Dei nie składa się wyłącznie z doktorów po Harvardzie, Cambridge, Georgetown i jeszcze kilku polityków, że nie jest czymś w rodzaju amerykańskiej korporacji uczelnianej, tylko skupia i peruwiańskie sprzątaczki, i chilijskich właścicieli pralni, i kilku bardzo skromnie żyjących obywateli Afryki oraz że tak naprawdę ta cała elitarność, ta białokołnierzykowatość Opus Dei, którą my mamy w głowie, na świecie jest fikcją. Ta książka może otwierać na powszechność Kościoła, z czym my w Polsce mamy szalony problem, bo nasz Kościół kończy się na kardynale Dziwiszu i Konferencji Episkopatu Polski.

* PAWEŁ SKIBINSKI: Denerwuje mnie jednak pewna maniera, charakterystyczna nie tylko dla autora tej książki: udowadniania na siłę, że Opus Dei nie jest prawicową ekstremą, bo wydaje mi się to oczywiste. Przynależność do Opus Dei i w ogóle do struktur kościelnych nie determinuje konkretnych poglądów politycznych. Tymczasem Allen za wszelką cenę chce pokazać, że wśród ludzi Dzieła znajduje się tez sporo amerykańskich liberałów albo osób sympatyzujących z lewicą. Dla mnie pytanie podstawowe brzmi: czy w relacjach Kościoła katolickiego z liberalnym światem nie mamy jednak do czynienia z pewnym sporem cywilizacyjnym? Znacznie poważniejszą sprawą jest - według mnie - spór wokół zagadnień takich jak aborcja czy swobody seksualne niż to, że jakiś socjalista baskijski należy do Opus Dei. Allen ma związki z umiarkowanymi politycznie środowiskami katolickimi i dla niego być może takie fakty są szokujące. Dla mnie istotniejsza jest konstatacja, że wśród katolików może istnieć pluralizm polityczny i w związku z tym mogą się wśród nich pojawić postawy, które w Polsce nazywamy narodowo-katolickimi.

* SZYMON HOŁOWNIA: Mogą istnieć rożne postawy. Nie wiem, czy Kościół znajduje się w sporze z liberalnym światem. Mnie zaintrygowało coś zupełnie innego. Polskie Opus Dei nie bardzo umie ludziom wytłumaczyć, po co zostało założone. Nie po to przecież, aby
opisywać siebie jako frakcja w Kościele czy wchodzić w dialog z taką czy inną ideologią, ale po to, żeby powiedzieć ludziom, konkretnemu człowiekowi, że może on dojść do świętości w miejscu, w którym się znajduje. To jest kopernikański przewrót w myśleniu dla większości polskich katolików, którzy patrzą na Kościół przez pryzmat klisz schowanych gdzieś z tylu głowy. Temat Kościoła przywołuje im na myśl debaty na temat Radia Maryja, o kryzysie przywództwa w polskim Kościele i o tym, kto kogo lubi albo nie lubi. A przecież Kościół jest zupełnie gdzie indziej. Dla mnie najbardziej wstrząsające jest to, że facet, który pierze kołnierzyki, może je prać dla pana Boga i wszyscy na tym korzystają, a jego zbawienie przede wszystkim. Tej perspektywy polskim katolikom, strasznie przejętym 50-leciem komunizmu, wychodzeniem z tego komunizmu i mankamentami własnego proboszcza, brakuje. Zgoda, Allen jest miejscami nieznośny w tej swojej wymuszonej bezstronności. Wysterylizował swoje pióro. Ten facet bawi się w aptekarza. Siedzi z miarką i próbuje zmierzyć z lewej, z prawej, żeby mu wyszło równo. Jeszcze jedna rzecz w tej książce zwróciła moją uwagę: to, jak się ma mit tajemniczości Dzieła Bożego do tego, jak jego członkowie się przed Allenem otworzyli. W Polsce też mamy takie doświadczenia. Ksiądz Stefan Moszoro-Dqbrowski, kierownik duchowy prałatury polskiego Opus Dei, jest non stop do dyspozycji, mówi otwarcie o wszystkim. Jak to się dzieje, że mimo takich doświadczeń nadal nad Dziełem ciąży odium megaelitarnej organizacji, do której, żeby się zapisać, trzeba mieć mnóstwo kasy i jeszcze jakieś specjalne zdolności od Ducha Świętego, zupełnie tego nie rozumiem. Ale wiem, że oni też widzą, iż mają z tym problem: że są kojarzeni z jedną opcją polityczną, określonym poziomem dochodów, określonymi dzielnicami w Warszawie.

* PAWEŁ SKIBIŃSKI: Ja nie wiem, czy to jest kłopot Opus Dei, czy raczej tych, którzy tak to postrzegają. Pewne funkcje, czy też zadania Kościoła i jego instytucji, takich jak Opus Dei, musimy lepiej tłumaczyć współczesnym ludziom, ale nie jest to tylko sprawa dobrego PR. Allen zwraca uwagę, że sposób oddziaływania Opus Dei polega bardziej na kontakcie osobistym, międzyludzkim niż instytucjonalnym. Chodzi właśnie o to pranie kołnierzyków ad maiorem Deo gloriam. W przekazie Opus Dei podkreślona jest osobista odpowiedzialności zaangażowanie katolików, oczywiście, w zgodzie z nauką i doktryną Kościoła. Natomiast co do tego aptekarstwa Allena. Dla mnie najbardziej uciążliwe było nadmierne cytowanie kilku byłych członków Opus Dei, którzy znani są ze swojej krytyki instytucji, do której należeli. Rozumiem, że autorowi chodziło o to, żeby zrobić wrażenie bardziej obiektywne. Moim zdaniem, zaburzyło to proporcje ważności poszczególnych kwestii. Zwłaszcza że – jak zwraca uwagę sam Allen – rozmowa między Opus Dei i byłymi członkami, którzy są mu niechętni, przypomina dialog dwóch głuchych. Ci ludzie głęboko przeżyli swoje rozstanie z Opus Dei, członkowie Dzieła także głęboko przeżyli rozstanie z nimi, rany są jeszcze zbyt świeże, by mogli o tym rozmawiać bez emocji.

* SZYMON HOŁOWNIA: Nie zgadzam się z panem. Uważam, że oni powinni sobie zrobić PR wszystkimi możliwie dostępnymi środkami. Z jednej podstawowej przyczyny: jeżeli mamy coś takiego, jak Opus Dei w Kościele, to powinniśmy to umieć wygrać. To jest naprawdę unikatowa propozycja. Nikt tam nie pierze ludziom mózgów, nie każe im przypinać
sobie łatek, określać się, rezygnować z intymności. Organizacja, która mówi, że możesz być święty tam, gdzie jesteś, zasługuje na dobrą opinię. Jest tylu ludzi, nawet w naszym kraju, którzy mogliby się tym zainteresować, a nie robią tego, bo słyszeli tylko czarną legendę i bajki o żelaznym wilku. Ta książka może być środkiem odczarowującym pewne mity. Nawet jeśli Allen wspomina o biczowaniu i praktykach ascetycznych w Opus Dei, to używa takiego języka, że człowiek nie ma wrażenia, iż czyta o wariatach. To są dorośli ludzie, nikt nie ma prawa zabronić im tego, co robią, nikogo przecież tym nie krzywdzą, niech się biczują. Inna rzecz, że tak to odbierze dziesięć procent populacji, a jakieś osiemdziesiąt dowie się z rożnego rodzaju filmów, książek albo wypowiedzi pseudointelektualistów, że z tym Opus Dei to nie do końca wiadomo, czy oni są pięciopalczaści, czy może jednak nie. Jedna książka sprawy nie załatwi.

* PAWEŁ SKIBIŃSKI: Znam z autopsji apostolstwo Opus Dei w Polsce. Założenie jest takie, żeby ludzie Dzieła szli między swoich znajomych, przyjaciół, do swoich środowisk i mówili: słuchajcie, trzeba się nawracać, wierzyć w Jezusa Chrystusa, są konkretne rzeczy, które możecie zmienić w swoim życiu, możecie skorzystać z naszej propozycji lub innych propozycji duchowych Kościoła katolickiego. To się zawiera w duchu Dzieła: oddziaływanie osobiste. Dla mnie rozmowa o Opus Dei jest rozmową nie o instytucji, lecz o ludziach. Mam opory przed ujmowaniem jego działalności z punktu widzenia stricte PR-owskiego. Co tam sprzedawać? Ascezę? Asceza nie jest PR-owska i trzeba się z tym pogodzić. Moim zdaniem jednym z uroków Opus Dei jest to, że ono nie jest specjalnie medialne. Tam przychodzą ludzie między innymi dlatego, że kierują się nie modą, tylko powołaniem. Zdajmy sobie jednak sprawę - mówił o tym ksiądz Stefan Moszoro-Dąbrowski w wywiadzie udzielonym niedawno Dziennikowi, że jeżeli w Polsce w Opus Dei jest 300 osób, to ile z nich może się poświęcać PR-owi? U nas zasięg oddziaływania Dzieła jest dosyć skromny, natomiast hałas wokół tej instytucji - spory. Najczęściej zresztą wbrew intencjom samych zainteresowanych. Polska to nie Hiszpania, gdzie w Opus Dei jest 34 tysięcy osób.

* SZYMON HOŁOWNIA: Ja myślę, że powołanie nie wyklucza PR-u, czego najlepszym dowodem są duszpasterstwa powołaniowe, które niekiedy prowadzą PR z dużą finezją, jak na przykład jezuici ze swoją kampanią powołaniową pod hasłem: „Nie jesteśmy aniołami. Robimy tylko ich robotę". Dominikanie też mają w tej dziedzinie świeże i nowe pomysły.

* PAWEŁ SKIBIŃSKI: W Polsce dostępność informacji o Opus Dei jest spora. Można choćby skorzystać z witryny internetowej Dzieła Bożego – www.opusdei.org, na polski przetłumaczone są wszystkie niemal książki założyciela Dzieła - św. Josemarii Escrivy, mamy kilka jego biografii, tysiące ludzi przewinęły się przez rekolekcje prowadzone przez Dzieło...

* SZYMON HOŁOWNIA: Ale jest jeszcze jeden kłopot: wewnątrzkościelne zamknięcie na te informacje. Są diecezje, w których niemile widziane są zakony, ponieważ tworzą konkurencję duszpasterską. Część moich znajomych księży patrzy na Opus Dei bardzo podejrzliwie, nie dopuściliby członków Dzieła do swojego najbliższego otoczenia. Kiedy pojawiłby się tam człowiek, to wezwaliby egzorcystę diecezjalnego.

* PAWEŁ SKIBIŃSKI: Mam pewne porównanie ze światem hiszpańskojęzycznym i pozwolę sobie nie zgodzić się z panem. Nie twierdzę, że w Polsce wszyscy są zakochani w Opus Dei, ale procent ludzi wewnątrz Kościoła reagujących podejrzliwie na tę instytucję jest stosunkowo niewielki. Na Zachodzie niechętnym okiem patrzą przede wszystkim ludzie, którzy mieli flirt z marksizmem czy jakąś formą teologii wyzwolenia. W krajach hiszpańskojęzycznych aktywność Opus Dei, która broniła w starciu z tymi ludźmi ortodoksji katolickiej, stała się głównym powodem tworzenia czarnej legendy tej instytucji. Póki to pokolenie ludzi żyje, ta legenda jest żywa. W Polsce nie ma tego problemu, bo polski Kościół był zawsze antymarksistowski. Inna sprawa, że wielu katolików w Polsce rozumie przesłanie Opus Dei dość powierzchownie, tu się zgadzam. Kłopot polega na tym, że Opus Dei jest instytucją - co zresztą Allen podkreśla - która działa, opierając się na zaangażowaniu wiernych, także finansowym. Dzieło jest jednym z niewielu znanych mi w Kościele polskim miejsc, w którym mówi się jasno: „mamy tyle  pieniędzy, ile wy nam dacie". To zgadza się z przesłaniem, które od pewnego czasu usiłują przekazać nasi biskupi, ale napotykają trudności. W Polsce przeciętny katolik uważa, że Kościół poradzi sobie bez jego ofiarności. Ten typowy katolik nie jest zresztą specjalnie zasobny, nie mamy zbyt wielu multimiliarderów pokroju Romana Kluski, którzy mogliby nagle sypnąć groszem, dzięki czemu w całym kraju powstałyby ośrodki Opus Dei. Ludzie Dzieła muszą doprowadzić do tego własnymi siłami. Myślę, że powoli tak się dzieje. Opus Dei rozwija się intensywnie w miejscach, gdzie jest dramatyczny głód czegoś, co Paweł Milcarek nazwał radykalną czy konsekwentną ortodoksją. W Polsce, Bogu dzięki, jest bardzo wiele grup katolickich, które są konsekwentnie ortodoksyjne. Oczywiście, to nie znaczy, że Opus Dei nie jest nam potrzebne. Ale istnieją na świecie miejsca, gdzie tylko szkoły prowadzone przez Opus Dei są w stanie wykładać normalną religię.

* SZYMON HOŁOWNIA: A jakie to kraje?

* PAWEŁ SKIBIŃSKI: W Hiszpanii w trudnych czasach kryzysu posoborowego Opus Dei należało do tych nielicznych instytucji, które mogły zmobilizować jakieś zaplecze społeczne. Drugą taką instytucją, ale działającą w zupełnie inny sposób, był neokatechumenat. Do dzisiaj są to dwie główne formacje katolików świeckich w Hiszpanii, które sprawiają, że w tym kraju jest w ogóle jeszcze jakieś zaplecze społeczne dla Kościoła, gdyż kryzys ogarnął wszystkie tradycyjne struktury duszpasterskie, parafie i zdecydowaną większość zakonów. Podobne problemy napotykali ludzie z Opus Dei w Niemczech, Holandii, ale tam nie mieli takiego znaczenia społecznego. Byli jedną z oaz normalnego, ortodoksyjnego nauczania i duszpasterstwa.

* SZYMON HOŁOWNIA: Ani Allen, ani nikt z nas nie słyszał o przypadku, żeby ktoś wystąpił z Kościoła z powodu Opus Dei. Natomiast zdarzają się sytuacje przeciwne, że ktoś dzięki Opus Dei do Koscioia wstąpił albo wrócił. Takie przypadki są tu opisywane. Przez apostolat, przez bezpośrednie działanie jego członków, jak najbardziej autentyczne. To jest świadectwo wiary w czystej postaci, nie jakiś zadekretowany przez hierarchię program duszpasterski. Tu człowiek zaraża człowieka Bożym wirusem, który się przenosi, i to jest cudowne. Allen w swojej książce kilkakrotnie zderza się z mitem szkodliwości Opus Dei. Próbuje jakoś go odczarować, używać innego języka. Wyprowadzić go z logiki, którą prezentuje bardzo popularny teraz film Kod da Vinci, przekonać czytelników, że o Kościele lepiej opowiadać innym językiem. Kościół bowiem, oraz to, co dzieje się w ludzkiej duszy, nie poddaje się opisowi w stylu Dana Browna. To tak, jakby analizować Pana Tadeusza po chińsku. Myślę zresztą, że ten mit działa na tych, którzy i tak są już przekonani o złowrogiej roli Kościoła. Filmy w rodzaju Kodu dają im tylko do ręki jeszcze jeden argument, oprócz osoby ojca Rydzyka.

* PAWEŁ SKIBIŃSKI: Paradoksalnie, ten czarny PR wiele osób przyciąga. Zwłaszcza w Polsce jest to bardzo wyraźne. W charakterze narodowym mamy coś takiego, że jesteśmy przekonani. W takich poukładanych nacjach, jak Niemcy, dopiero gdy Der Spiegel coś napisze, to ludzie pomyślą, że jest w tym ziarno prawdy. Natomiast u nas...
Do moich znajomych z Opus Dei trafiają ludzie, którzy zapoznali się z jakimś stekiem bzdur i uznali, że skoro Opus Dei ma taką kiepską prasę, to jest w nim coś wartościowego. Powiedziałbym tak: Opus Dei jest niewątpliwie skuteczne apostolsko, ale tej skuteczności
nie da się zmierzyć, zrobić rankingu, czy Dzieło wyprzedza w niej duszpasterstwo dominikańskie czy jezuitów. Natomiast - istotnie - jest pewna grupa ludzi, do których nie trafia język apostolstwa innych grup, a którzy odnajdują się w przekazie uświęcenia pracy. Stąd - jak sądzę - wynika sukces Opus Dei w kontaktach z osobami zajmującymi się biznesem. Bardzo często Opus Dei wyciąga ludzi ze ślepego pracoholizmu i kieruje ich w stronę pracy sensownej, bo umie przemówić do nich językiem, który oni, przynajmniej częściowo, rozumieją. Dzieło jest po prostu jednym z narządzi Kościoła i w pewnych grupach okazuje się bardziej skuteczne, a w innych mniej. Do zalet książki Allena zaliczam i to, że autor dotarł do wielu osób, którym Opus Dei pomogło, mimo że nigdy nie zostaną jego członkami. Po prostu z nim pobyły, porozmawiały, wtedy kiedy tego potrzebowały. I to jest wymiar Dzieła, który Allen dostrzega, docenia i który może być odkrywczy dla kogoś, kto traktuje tego rodzaju instytucję jako rodzaj sekty.

* SZYMON HOŁOWNIA: Pamiętam taką dyskusję z księdzem Moszoro, w której i on z żalem mówił, że chcieliby mięć w swoich szeregach więcej humanistów, ale w Polsce do Opus Dei lgną w tej chwili głównie biznesmeni. Przychodzą po prostu ludzie, jakich Pan Bóg daje. Mam wrażenie, że jeśli polski czytelnik to zauważy, może się to jakoś przyczynić do pewnego przełomu w polskim Kościele. Ja też mam znajomych duszpasterzy, którzy skupiają wokół siebie ludzi z górnych warstw. Są to na ogół świetnie zapowiadający się młodzi prawnicy, zaczynający dobrze prosperować biznesmeni, którzy chcą sensownie ułożyć swoje życie. To dobry początek, choć nie może to być koniec. Bo naszym odziedziczonym po komunizmie problemem jest brak aktywnych świeckich w Kościele. Jak coś się zaczyna dziać, dziennikarze biegną po komentarz do biskupa Pieronka albo do czterech tak zwanych publicystów kościelnych. A powinni iść do liderów środowisk katolickich, którzy mówiliby w ich imieniu. Tyle że u nas nie ma takich liderów, nie ma takich środowisk, bo u nas świeccy wciąż jeszcze funkcjonują na tej zasadzie, że przychodzą do kościoła, ksiądz mówi ponad ich głowami, oni się schylają, żeby tym łatwiej im to nad głowami przeleciało, wychodzą, następuje tygodniowa „przerwa na życie", po której wracają. Z takim Kościołem daleko nie zajedziemy. Mam takie poczucie, że jeżeli uda się wywołać dyskusję wokół Opus Dei, to może być opatrznościowe.
Dzisiaj wygląda to tak, że największym problemem Kościoła w Polsce jest ojciec Rydzyk, wobec niego się pozycjonujemy. Dla jednych jest to święty, dla drugich - postać skrajnie negatywna. A zupełnie nie myślimy, co będzie z tym Kościołem za 30, 40 lat, jaki Kościół zostawimy naszym dzieciom. Działalność Opus Dei stwarza pewne nadzieje na przyszłość. Książka Allena ma jeszcze jedną zaletę formalną. To nie jest egzegeza, to nie są rozważania duchowe, które zwykły człowiek weźmie do ręki i odłoży na półkę z myślą, że tego nie da się czytać. Allen proponuje zupełnie nowy, nieznany szerzej w Polsce język pisania o Kościele. Język reportażu, odsączonego z cukierkowatości, miejscami lekko krytycznego, miejscami pełnego aprobaty, generalnie - starającego się o obiektywizm. Język, który nazwałbym rodzajem „rzetelnej obserwacji z lekkiego dystansu". Rzecz naprawdę nie do przecenienia, bo takich książek o Kościele na polskim rynku nie ma. To nowość i coś, czego my się powinniśmy od Amerykanów nauczyć.