Opus Dei od kuchni
Czarna legenda
Opus Dei rodziło się tuż przed wybuchem wojny domowej w Hiszpanii. W Święto Aniołów Stróżów, 2 X 1928 r. młody ksiądz Josemaria Escriva de Balaguer w czasie rekolekcji doznał widzenia. Zobaczył rzesze świeckich różnych ras, którzy szukali Boga w codziennym życiu.
Świętość nie tylko dla zakonnic i księży, ale też dla świeckich wykonujących dobrze swoją pracę, żyjących w rodzinach - takie było objawione mu przesłanie Opus Dei. Jan Paweł II mówił później, że ks. Escriva swoimi tezami o powszechnym powołaniu do świętości wyprzedził, nauczanie Soboru Watykańskiego II.
Bożą wizję Escriva szerzył najpierw wśród studentów, spotykając się z nimi w domach, a potem w zakładanych dla nich akademikach. Dzieło musiało działać coraz ostrożniej. Szczególnie kiedy w Hiszpanii wybuchła rewolucja i "czerwoni", dopuszczali się rzezi na katolikach, a zwłaszcza księżach i zakonnicach. Takie okoliczności przyczyniły się do postrzegania Opus Dei, również przez katolików przez pryzmat tajemniczości, a nawet spisku.
Coraz częściej pod adresem Dzieła kierowano oskarżenia o działalność paramasońską. W kolejnych dziesięcioleciach takie opinie były kreowane przez media. Do tego stopnia, że kiedy w 1993 r. Mediolanie i Rzymie nastąpiła seria wybuchów samochodów pułapek, jeden z największych włoskich dzienników, jako winowajcę wskazał Opus Dei - "potężną finansową i biznesową agendę Stolicy Apostolskiej". Oskarżenia nie ustały nawet wtedy, gdy Jan Paweł II nadał dziełu jako jedynej organizacji w Kościele katolickim status Parałatury Personalnej. Nie ustają nadal, choć w dniu kanonizacji ks. Escrivy, Jana Paweł II nazwał go świętym na dzisiejsze czasy.
Tajemnicza organizacja
Josemaria Escriva tworząc struktury Opus Dei przeznaczone z zasady dla świeckich unikał używania terminów zaczerpniętych wprost z kościelnego żargonu. Dlatego członków Dzieła tytułował tak samo, jak Hiszpanii nazywani byli urzędnicy państwowi poszczególnych szczebli. I tak używane w Opus Dei określenie „Numerariusz” oznaczało stopień samodzielnego pracownika w administracji państwowej. Odpowiadało też tytułowi profesora zwyczajnego. W odróżnieniu od niego „Suprenumerariusz” to odpowiednik profesora nadzwyczajnego albo urzędnika pracującego pod cudzym nadzorem. Przyjęte nazewnictwo miało podkreślać zwyczajność życia w Dziele a nie budować jego tajemniczość.
Nikt z członków Opus Dei, z którymi rozmawiam, pytany o przynależność do Dzieła nie ukrywa tego faktu. Ale z zasady nie afiszuje się z tym. Podobnie zresztą jak członkowie wspólnot w Kościele jak choćby Neokatechumenat czy Odnowa w Duchu Świętym, którzy w pracy i na ulicy nie noszą plakietek identyfikujących ich z konkretnym ruchem
Ks. Escriva w wywiadzie dla amerykańskiego tygodnika "Time" w 1967 r. wyjaśniał: "Członkowie Opus Dei nienawidzą tajności, ponieważ są zwykłymi wiernymi, pod każdym względem takimi jak wszyscy. Fakt przynależności do Dzieła nie zmienia ich statusu. Nie miałoby przecież sensu chodzenie po ulicy z transparentem: "Służę Bogu". Takie zachowanie nie miałoby nic wspólnego z zachowywaniem świeckiego charakteru".
Szyldów z napisem: „Opus Dei” nie ma również na budynkach, w których Dzieło ma swoje siedziby. Jednym z nich jest piętrowy dom przy ul. Krzyckiego w Warszawie. Od sąsiednich nie różni się prawie niczym. Może tylko tym, że jest bardziej zadbany. Wewnątrz oprócz jadalni, salonu i sypialni mieści również kaplicę z Najświętszym Sakramentem. Podobnie wyglądają inne domy Dzieła w stolicy: dla mężczyzn przy Górnośląskiej, dla studentów przy ul. Filtrowej, dla studentek przy ... Informacje o tym co dzieje się w Opus Dei nie należą do tajnych. Można je znaleźć na stronie www.opusdei.org.pl czy www.episkopat.pl
Zabawne jest to, że wielu próbowało się doszukiwać tajemnego przesłania w symbolice, którą można spotkać w ośrodkach Opus Dei. Jest to krzyż wpisany w okrąg – symbol uświęcenia wszystkiego, co ziemskie (to jest oficjalna pieczęć prałatury Opus Dei) u; róża mistyczna – symbol życia wewnętrznego oraz osiołek i kaczka. Św. Josemaria często bowiem mówił swoim duchowym synom aby naśladowali osiołka, który na własnym grzebiecie niósł Chrystusa do Jerozolimy i podobnie nieśli współczesnemu światu Ewangelię. Bo chociaż osiołek jest zwierzęciem upartym, to jest również bardzo wytrwały w pracy. Z kolei swoim córkom duchowym założyciel Opus Dei często mówił o kaczkach, które rzucone na głęboką wodę, szybko uczą się pływać.
Tylko dla elit?
Sylwia Watrakiewicz, matka trójki dzieci, pracuje w zakładzie poprawczym dla nieletnich. Od 10 lat związana jest z Opus Dei, - Nigdy nie stawiano warunków kto może przychodzić do ośrodka, a kto nie. Jeśli ktoś przychodzi tylko po to, aby nawiązać dobre kontakty, to u nas tego nie znajdzie. Nie jesteśmy towarzystwem wzajemnej adoracji. Przychodzimy po to, by zaczerpnąć coś dla życia duchowego i wrócić do środowisk, w których żyjemy i pracujemy.
W ośrodku rekolekcyjnym Dworek koło Mińska Mazowieckiego, Opus Dei prowadzi kursy dla dziewcząt z wiosek i małych miasteczek. Tu uczą się wielu praktycznych rzeczy, które przydadzą im się w staraniach o pracę i w życiu rodzinnym. Dla kobiet z wiosek prowadzi się kursy agroturystyki. W planach jest utworzenie szkoły gastronomiczno-hotelarskiej.
W rzeczywistości Opus Dei otwiera się także na współpracę z ludźmi innych wyznań chrześcijańskich i z niewierzącymi. Każdy może zostać współpracownikiem, a więc korzystać z formacji Dzieła i wspierać różne jego inicjatywy swoją pracą albo finansowo.
Członkowie i przyłączeni
By zostać członkiem Opus Dei, a więc numerariuszem, supernumerariuszem lub przyłączonym, trzeba mieć do tego powołanie. To zaś pochodzi od Boga.
Członkowie zawierają z Dziełem pewien rodzaj umowy: "zobowiązanie". Jest ono przedłużane co rok. Później może zostać zawarte na dłuższy czas. W każdym momencie zobowiązanie może zostać zerwane, jeśli tak zdecyduje kandydat.
Numerariusze żyją w celibacie w ośrodkach Opus Dei. Pracują w wyuczonych zawodach. Supernumerariusze mieszkają poza ośrodkami. Żyją w rodzinach lub samotnie. Zaś przyłączeni – żyją w celibacie jak numerariusze ale ze względu na obowiązki rodzinne i inne sprawy osobiste mieszkają z rodzinami lub w miejscach gdzie pracują.
Oddzielną grupę stanowią współpracownicy, którzy formalnie nie są członkami Dzieła. Mogą jednak korzystać z formacji w Opus Dei i wspierać jego działalność. Formacja odbywa się przez udział raz w miesiącu w dniu skupienia (dwie 30-minutowe katechezy), uczestnictwio co dwa tygodnie w spotkaniu formacyjnym w małych grupach, odprawianie raz w roku 3-dniowych rekolekcji i częste korzystanie ze spowiedzi.
Członkowie Opus Dei mają pogłębioną formację, zobowiązani są do lepszej znajomości doktryny Kościoła katolickiego oraz większej gorliwości w apostolstwie.
W ramach Opus Dei istnieje też Stowarzyszenie Kapłańskie Świętego Krzyża. Skupia duchownych Opus Dei oraz księży diecezjalnych. Ci ostatni uczestniczą tylko w formacji doktrynalnej i ascetycznej - biorą udział w comiesięcznym dniu skupienia, raz w roku odbywają 4-dniowe rekolekcje i spowiadają się u duchownych Opus Dei. Duchowni ci dalej podlegają biskupom ordynariuszom diecezji, w których pracują.
Umartwienia
Biczowanie aż do krwi i noszenie opaski z kolcami wpinającej się w ciało na granicy omdlenia - wpisują się w opowieści grozy o Opus Dei. Leszek Dietrich, supernumerariusz, ojciec trójki dzieci opowiada: czasem w duchu umartwienia nie obejrzę programu który lubię. Innym razem zrezygnuję z części ulubionej potrawy. Staram się nie narzekać i uśmiechać kiedy jestem zmęczony. Tak wyglądają moje umartwienia. Uczą lepszego przezwyciężania życiowych trudności. I jeśli ucieknie mi autobus, albo ktoś samochodem zajedzie mi drogę, mniej się denerwuję - wyznaje.
Ks. Stefan Moszoro-Dąbrowski dodaje: Dla osób w Opus Dei umartwieniem może być np. punktualność, uśmiech, zachowanie porządku na biurku, dobrze wykonana praca. W stosunku do członków, którzy nie zakładają rodzin i grozi im większe niebezpieczeństwo wygodnictwa wymagania są nieco większe. Stosują okresowo drobne umartwienia jakimi są cilicium - łańcuszek z ostrymi zakończeniami oraz tzw. dyscyplina. Myśmy nie wymyślili nic nowego. W Kościele ascetyka istnieje od zawsze. O umartwieniach mówili wszyscy święci, m.in. św. Faustyna, Jan od Krzyża, bp Pelczar - mówi ks. Moszoro-Dąbrowski.
Pieniądze Opus Dei
Ośrodki Opus Dei utrzymują się m.in. z pieniędzy wypracowanych przez numerariuszy. Sumy, których nie wykorzystają na własne potrzeby w całości przekazują na Dzieło. Budżet Dzieła zasilają także dobrowolne składki supernumeriuszy, przyłączonych i współpracowników oraz pieniądze za pobyt na rekolekcjach od ich uczestników.
- Z wielkim wysiłkiem zbieramy pieniądze na utrzymanie ośrodków. Nie korzystamy z funduszy Kościoła. Nasze ośrodki są zadłużone. Korzystamy z dotacji instytucji zachodnich - mówi ks. Stefan. - Odkąd jestem numerariuszem, przestałem chodzić do kina. 300-400 zł jakie zaoszczędzam można przeznaczyć na różne dzieła, a ten czas mogę poświęcić dla innych ludzi - wyznaje.
Czasem zarzuca się Opus Dei, że swoje siedziby ma w najdroższych dzielnicach miast, jak w Nowym Jorku w wieżowcu na Manhattanie. - Otrzymaliśmy w darze 70% budynku. Darczyńca zostawił nam w spadku akcje koncernu farmaceutycznego. Lokalizacja naszych siedzib nie wynika ze snobizmu. Staramy się być w miejscach, w których trzeba apostołować - mówi ks. Moszoro-Dąbrowski.
Życie duchem Opus Dei
Roman Polak z bratem prowadzi mały zakład samochodowy. Opus Dei poznał 8 lat temu. - Wcześniej do kościoła chodziłem w każdą niedzielę. A potem życie codzienne płynęło swoim torem i nie "mieszało" się w nie Pana Boga. Zawsze miałem takie poczucie rozdźwięku. W Opus Dei, usłyszałem o uświęcaniu pracy. To znaczy, że powinna być dobrze wykonana i ofiarowana Bogu. W warsztacie samochodowym klient nie widzi czy mechanik wszystko sprawdzi w jego aucie. Od kiedy jestem w Opus Dei starannie dokręcam wszystkie śrubki. Kiedy przyjeżdża kolejny klient w myślach ofiaruję swoją pracę Bogu.
Opus Dei stawia sobie za cel wskazywanie jak realizować ewangelię w dzisiejszym świecie. – Apostołuje się nie tylko wyjeżdżając na misje czy angażując się w nadzwyczajne dzieła. Także wtedy kiedy żyje się miłością w swojej rodzinie, w pracy, wśród sąsiadów, znajomych. Modlitwy i ofiary łączy mocno z miejscem, w którym się jest - mówi ks. Stefan.
Agnieszka Dietrich, księgowa, matka 3 dzieci w Opus Dei jest od 10 lat. - Dla mnie ważne było uświadomienie sobie, że można starać się o świętość pośród codziennych spraw, które wykonuję w domu jak sprzątanie, gotowanie, opieka nad dziećmi. Staranie się by być dobrą żoną, troszczyć się o relacje małżeńskie by mimo upływających lat były świeże. Byśmy znaleźli czas na rozmowę, wspólne wyjście, potrafili się pokłócić i przeprosić, a nie obrażać się na siebie. Staranie się by być dobrą matką, powściągać swój choleryczny charakter, wsłuchiwać się w potrzeby dziecka. Dla mnie to też walka z moimi wadami. Teraz nowym wyzwaniem jest dla mnie praca do której chcę wrócić, bo dzieci już podrosły – mówi Agnieszka Dietrich.
Wiele osób z Opus Dei włącza się w tworzenie inicjatyw poza Dziełem. Sylwia Watrakiewicz, włączyła się w tworzenie szkoły „Sternik” oraz przedszkola. W Polsce ludzie z Opus Dei prowadzą też Akademię Familijną, która uczy jak dobrze wychować dziecko od pierwszych dni jego życia.
- Zdaję sobie sprawę, że jako członkowie Dzieła jesteśmy znakiem sprzeciwu. Można sobie tylko stawiać pytanie dlaczego osoby, które mają rodziny wielodzietne i radzą sobie w życiu są atakowane? Dlaczego dyskredytuje się kobiety, które potrafią łączyć pracę zawodową z zajmowaniem się domem i jeszcze codziennie rano są na Mszy św. – mówi ks. Moszoro-Dąbrowski.
Wokół Opus Dei zrobiło się głośno po raz kolejny gdy wyszła książka "Kod Leonarda da Vinci", a potem jej ekranizacja. Prałatura Dzieła wystąpiła do producenta by przed projekcją znalazła się informacja iż film nie opiera się na faktach. Nie uzyskała odpowiedzi.
- Ktoś mi kiedyś zapytał jakie pytanie chciałbym postawić Danowi Brownowi, autorowi książki - mówi ks. Stefan Moszoro-Dąbrowski. I dodaje: w 2002 r. w związku z kanonizacją założyciela Opus Dei uruchomiliśmy program Harambee - pomoc dla Afryki. Dotychczas na ten cel zebraliśmy prawie 1 mln euro. Na produkcję filmu wydano 200 mln $, książka przyniosła dochód 40 mln $. Chciałbym zapytać Dana Browna, czy gotów byłby podzielić się tym co zarobił z ubogimi w Afryce?
Irena Świerdzewska
| < Poprzednia | Następna > |
|---|






