Polecam

ekai.pl/blogi/ksignacy

Blog księdza z Opus Dei z Poznania

Ks. Ignacy Soler

Ks. dr Ignacy Soler, urodzony w Alcañiz, w Hiszpanii (1955). Na Uniwersytecie Complutense w Madrycie ukończył studia matematyczne (1977). Stopień naukowy doktora nauk teologicznych uzyskał w 1983 na Uniwersytecie Navarry w Pamplonie. W 1981 został wyświęcony na kapłana prałatury personalnej Opus Dei. Od 1994 mieszka w Polsce.

Na OpusDei.pl
Opus Dei - Szukając Boga w życiu codziennym
Opus Dei jest prałaturą personalną Kościoła katolickiego. Założył je w 1928 r. św. Josemaría Escrivá. Jej zadanie polega na przekazywaniu innym, że praca i zwykłe okoliczności są okazją do spotkania z Bogiem, do służenia innym i do poprawy społeczeństwa.
Opus Dei - Szukając Boga w życiu codziennym
Szuflada Artykuły o Opus Dei Nie mamy copyrightu na dyscyplinę
REKLAMA
Reklama

PostHeaderIcon Nie mamy copyrightu na dyscyplinę

Z ks. dr Stefanem Moszoro Dąbrowskim rozmawiali Rafał Tichy i Marek Horodniczy. Fronda 6-2006.


W „Kodzie Leonarda da Vinci” jest słynny fragment przedstawiający umartwienia cielesne członka „Opus Dei”, niejakiego Sylasa, który swój proceder mordercy wrogów Kościoła tłumi makabrycznymi praktykami zalecanymi jakoby przez Josemarii Escrivy de Balaguer. Z opisu Dana Browna wieje grozą i masochizmem, krew leje się obficie. Jak to jest w „Opus Dei” z pokutą?
Jedynym sposobem, żeby pośród świata iść bezkompromisowo za Jezusem Chrystusem, to być radykalnie kontemplatywnym, czyli zjednoczonym z naszym zbawicielem poprzez modlitwę i pokutę. Jedna rzecz to chora wyobraźnia Dana Browna, który na podstawie wziętych z sufitu, histerycznych tekstów stworzył nieprawdziwą wizję Dzieła, a druga – stwierdzenie oczywistego faktu, że Opus Dei – również jeśli chodzi o pokutę – wpisuje się w wielowiekową tradycję Kościoła. Dzieło nie jest jakimś specjalnym promotorem pokuty. Propaguje za to zwykłe umartwienie, które jest dla chrześcijanina nieuniknione. W Wielkim Poście często jest mowa o trosce wobec bliźniego. Ta troska może być naszym udziałem tylko wtedy, gdy nasze serca będą zdolne do miłości. W encyklice „Deus Caritas Est” dokładnie o tym jest mowa: nasza miłość musi być oczyszczona poprzez rezygnowanie z siebie. Największym wrogiem miłości to obojętność. Służenie innym jest trudne. Ten trud to jest właśnie to, co Pan Jezus określa jako obumarcie dla siebie samego, po to by żył Chrystus, który na krzyżu dał nam przykład poświęcania siebie. Nie ma chrześcijaństwa bez krzyża. I właśnie dlatego Opus Dei przypomina o umartwieniu. Może dobrze, że Dan Brown eksponuje to zagadnienie. Oczywiście wypacza je absolutnie, przedstawiając mordercę, który zagłusza swoje sumienie poprzez umartwienie – to nie jest sens umartwienia, a poza tym umartwienia cielesne wcale nie na tym polegają. Jednak dzięki temu wiele osób dowiedziało się o istnieniu czegoś takiego jak pokuta.

W takim razie przejdźmy do konkretów. W „Kodzie” złoworgi Sylas nosi na udzie cilice czyli jak tłumaczy to Brown „skórzany pasek nabity metalowymi kocami wżynającymi się w ciało.” Powoduje on taki ból i takie uszkodzenie ciała, że morderca wyraźnie kuleje. Czy w Opus Dei rzeczywiscie stosuje się praktykę noszenia tego narzedzia tortur.
Tak, niektóre członkowie Opus Dei stosują używają taki cilice. Z tym że owa opaska zakładana na udo nie ma żadnych „kolców wżynających się w ciało”. Dan Brown zapewne nigdy jej nie widział, gdyż popełnia jeszcze wiele innych delikatnie mówiąc nieścisłości w jej opisie. Cilice to druciana obręcz, która kłuje i powoduje pewną niewygodę, ale bynajmniej nie doprowadza do jakiś uszkodzeń ciała czy krwawienia. W Opus Dei członkowie, którzy żyją w celibacie, zazwyczaj używają jej przez dwie godziny dziennie, z wyjątkiem niedzieli i świąt. Jest to sprawa z którą się nie afiszują bo czynią to dla Pana Boga. Ale skoro Dan Brown podjął temat to trzeba o tym mówić. Warto wspomnieć, że rzecznik Watykanu Joaquin Navarro-Valls, pytany, jako członek Opus Dei, o tą praktykę, stwierdził że bardziej niż noszenie tej opaski uciążliwe wydają mu się ćwiczenia w rzymskiej siłowni, która regularnie dowiedzą.

Czy wcześniej też była stosowana?
Oczywiście, noszenie cilce należy do wielowiekowej tradycji ascezy praktykowanej w wielu zakonach, zwłaszcza karmelitańskim, ale decyzje o jej stosowaniu podejmowało samodzielnie też wiele innych osób dążacych do świetosci poważnie. Powszechne wezwanie do świętości nie oznacza banalizowanie wymogów świętości. Wiem na pewno, że Jan Paweł II stosował ją aż do momentu przyjęcia sakry biskupiej, podobnie siostra Faustyna Kowalska, pomimo słabego zdrowia. Kto przeczyta uważnie „Dzienniczek”, to znajdzie przynajmniej pięć miejsc, gdzie jest o tym mowa. Co więcej, dzięki „Dzienniczkowi”, można zrozumieć istotę takiego umartwienia. Tych przykładów jest bardzo dużo. Opus Dei nie odcina się więc ani od siostry Faustyny, ani od św. Teresy, ani od św. Edyty Stein, ani od św. Maksymiliana Kolbe, ani od Brata Alberta i tysięcy innych osób, które w przeciągu wieku stosowali ten rodzaj ascezy.
Świętość jest zjednoczeniem z Bogiem poprzez miłość. Dlatego stopień świętości nie wynika ze trudności umartwień. Sam fakt podejmowania cienkiej pokuty nie zapewnia świętości. Dlatego w tradycji Kościoła pokuta zawsze była połączona z posłuszeństwem. Roztropny kierownictwo duchowy ukierunkuje zawsze pragnienie pokuty na odpowiedni tory miłości Bożej. odsyłam w tej sprawie do Dzienniczka Siostry Faustyny. Niestety, jest to książka często cytowana a mało czytana.

Ale może to dzisiaj jest już niepotrzebne? Sobór Watykański II tak wiele zmienił, po co cofać się w mroki wcześniejszej tradycji?
Nieporozumieniem jest myśleniem, że nauczanie Soboru Watykańskiego wzięło się z nikąd, lub że cofanie się oznacza powracanie do "zmrocznych tradycji". Taki apriorystyczne myślenie, że to co było przed nami było mroczne i grzeszne jest nieracjonalne i zazwyczaj głęboko niesprawiedliwe wobec naszych przodków. Nie ma wątpliwości, że pozytywizm wpłynął też na podejście do spraw duchowych na przełomie XIX i XX wieku. Oczywiście, że można wpaść w formalizm. Zapomnieć, że nie chodzi o formę, ale o treść, czyli o miłość.
Jednak po Soborze Watykańskim II istniała w Kościele tendencja do odcinania się od własnych korzeni. Ojciec Święty Benedykt XVI niedawno mówił o „hermeneutyce nieciągłości”. Sam fakt, że Joseph Ratzinger wybrał imię Benedykt XVI, pokazuje, że papiestwo nie zaczęło się od Jana XXIII, Pawła VI, Jana Pawła I... Nieprzypadkowo też Jan Paweł II ostatnią swoją książkę zatytułował: „Pamięć i tożsamość”. Sam tytuł jest znamienny – „trzeba pamiętać!”. Dan Brown nie cytuje ani razu Pisma świętego – podstawowego źródła tradycji. A właśnie czytając Ewangelię, mamy tę świadomość, że aby iść za Jezusem Chrystusem, trzeba nieustannie pracować nad sobą, trzeba obumierać. Polecam też uważne przeczytanie św. Pawła, który chlubił się z tego, że tylko głosił Chrystusa ukrzyżowanego.

Ale nie zaprzeczy chyba Ksiądz, że w dziejach Kościoła, byli asceci, często wyniesieni potem na ołtarze, którzy stosowali dość wyrafinowane formy umartwień, np. obwiązywali sobie wokół bioder łańcuch tak ściśle, ze wrastał w ciało, albo przywiązywali się w pozycji stojącej za włosy do ściany, aby nie zasnąć. To też było ok.
Odwróciłbym tok myślenia, jeżeli ci święci zostali wyniesieni na ołtarzy to pewno w ich życiu było coś, co współczesnym im chrześcijan wydawało się warte do naśladowania. Jeżeli czytam u Jana od Krzyża "mocne teksty" o samozaparciu siebie to staram się to zrozumieć a nie odrzucić, dlatego, że „dziś mi to nie pasuje”. Oczywiście, że wielu hagiografów zrobiło niedźwiedzią przysługę opisując wyłącznie w życiu świętych rzeczy nadzwyczajne tak jakby ich życie na tym polegało wyłącznie. Opus Dei właśnie na to zwraca uwagę, na codzienność jako drogę do świętości: praca dobrze wykonana, uśmiech na ustach gdy się jest zmęczonym, odmawianie aktów strzelistych, itd. Włosiennica, ajk niedawno pisała La Republica  nie stanowią w Opus Dei nawet 1 % jego duchowości.

Wróćmy więc do praktyk ascetycznych stosowanych w Opus Dei. Innym „makabrycznym” umartwieniem zdemaskowanym przez Browna jest biczowanie. Morderczy Sylas w szale ekspiacji okłada się „dyscypliną” czyli wedle ksiazkowego opisu pokaźnym biczem składającym się z cieżkiej liny pełnej węzłów - zresztą z resztakami zakrzepłej krwi po poprzednich praktykach - tnących jego plecy niczym brzytwa. Znów obficie leje się krew.

To jest znów bardzo barwne, ale dalekie od prawdy. Niektórzy członkowie Opus Dei, po uzgodnieniu tego na kierownictwie duchowym stosują, co prawda również „dyscyplinę”, lecz jest to nic innego, jak niewielki bicz ze sznurka. Praktyka chłosty owymi sznurkami również jest wpisana w długą tradycję Kościoła. Na przykład Tomasz Merton w swej autobiograficznej „Siedmiopiętyrowej górze” opisuje jak po wstąpieniu do zakonu trapistów poddał się ze zrozumieniem i ochotą tej praktyce. Jeżeli zaś chodzi o Opus Dei, to „dyscypliny” używa się raz na tydzień podczas krótkiej modlitwy jak np Zdrowaśka. Oczywiście nie jest to żadna przyjemność, ale trudno też – tak jak robi to Dan Brown – mówić o jakimś wynaturzeniu. Nie prowadzi to do krwawienia czy ran. Zresztą w „Kodzie Leonarda Da Vinci” wypaczony jest cały aspekt motywacyjny umartwienia. Pokazywanie, że pokuta to przykrywka „wybielająca” sumienie zabójcy, zakrawa na antykatolicką propagandę. Zbrodniarz z premedytacją popełnia swój czyn, a później samooczyszcza się biczowaniem. To jakiś absurd! W Opus Dei, ani w ogóle w Kościele katolickim pokuta nigdy nie miała takiego wymiaru. Istotą umartwienia jest to, by panować nad ciałem, jednoczyć się z Jezusem Chrystusem i z ludźmi potrzebującymi. To właśnie pewien głód, pewna niewygoda prowadzi do tego, żeby solidaryzować się z innymi i mieć serce bardziej otwarte na potrzeby bliźniego. Wygodne serce nie dostrzega potrzeb innych ludzi. Dlatego znamienne jest, że współcześnie, kiedy to praktyka ta jest w dużym zaponieniu, nie kto inny lecz Matka Teresa właśnie tak otwarta na potrzeby innych posługiwała się „dyscypliną” i wymagała tej praktyki od swych sióstr.

A włosiennica?
Włosiennica, jak sama nazwa wskazuje, to coś co jest szorstkie. Coś w rodzaju podkoszulka z surowego płótna, często z dodatkiem ostrego, kłującego włosia. Kiedyś noszenie jej było jednym z najbardziej rozpowszechnionych form ascezy. Współcześnie nosili ją np. papież Paweł VI czy wybitny teolog Hans Urs von Balthasar. Jednak akurat włosiennicy w Opus Dei się nie stosuje. Co nie znaczy że nie jest to praktyka godna polecenia. Jeżeli ktoś pójdzie do jakiegoś klasztoru, to okaże się, że prawdopodobnie siostry mają ją w ofercie swoich dewocjonaliów. Trzeba poszukać.

Kto w Opus Dei zachęcany jest do praktykowania wspomnianych from ascezy?  Dan Brown podkreśla, że „wszyscy prawdziwi wyznawcy Drogi”.
Wspomniane umartwienia cielesne, takie jak stosowanie cilice czy „dyscypiny”, są stosowane w Opus Dei przez tych członków, którzy nie zakładają rodziny i żyją w celibacie, tak księży jak świeckich celibatariuszy. Małżonkowie z dziećmi niejako naturalnie przeżywają trud życia codziennego - na przykład gdy dziecko jest nieuleczalnie chore, to jest poważny krzyż. Nie znaczy to że w ogóle nie praktykują ascezy, lecz stosują jego prostsze, zwyczajowe formy, takie jak np. post w zalecanych przez Kościół okresach i dniach.

To dlaczego innym członkom Dzieła, tym żyjącym w celibacie, zaleca stosowanie się tych nadzwyczajnych środków zaczerpniętych z tradycji zakonnej?
Bym polemizował czy nie trzeba powiedzieć, że to zostało zaczerpnięte z Pisma Świętego. Wszyscy i zakonnicy i świeccy pijemy z tego samego źródła. Co do pytania myślę, że to ma sens, dlatego że Natomiast wielkim niebezpieczeństwem dla ludzi żyjących w celibacie jest wygodnictwo. Celibat to nie taki katolickie wydanie „kultury singla”, czyli wolny bez zaangażowań. Ktoś, kto jest gotowy na wielkie poświęcenia w młodości, z czasem zaczyna cenić święty spokój – nie ma żony, nie ma dzieci, nie ma presji odpowiedzialności za ich utrzymanie finansowe. Regularnie praktykowana asceza pomaga mu więc w tym, by nie znaleźć się na manowcach, nie poddać się rozleniwieniu czy wygodnictwu. Droga do świętości nie jest statyczna. Nie może być takiej sytuacji, że w pewnym momencie poprzestanę na tym, co już osiągnąłem.

Czyli celibat i związane z nim wyzwania muszą być chronione przez szczególną ascezę, aby nie ulec wypaczeniu?
Tak, z tym, że trzeba to dobrze zrozumieć. Celibat jest dla Królestwa Niebieskiego, a nie dla osoby żyjącej w celibacie. Celibat nie jest po to, by mieć święty spokój - słuchać muzyki, czytać gazety, pod koniec dnia oglądać wszystkie wydania wiadomości, pić piwko, nie mieć żony (lub męża) na karku. A więc celibat nie jest „starym kawalerstwem”. Ostatecznym celem celibatu jest zmierzanie do Królestwa Niebieskiego oraz apostolstwo. Największym nieprzyjacielem apostolstwa jest wygodnictwo, to, że mi się nie chce – ruszyć z miejsca, pomyśleć, zaangażować się. Boję się o młodych księży, którzy w młodości zamiast wyjeżdżać, jak za dobrych czasów, z młodzieżą w góry, na pielgrzymki, zaczynają myśleć o odpoczynku i o wyjazdach na Kretę, do Grecji, czy śladami św. Pawła do Australii... Czasami się dziwię, że tak daleko można pojechać śladami św. Pawła! Z wygodnictwem bardzo spokrewnione jest też mnożenie dóbr, uzależnienie od pieniedzy, techniki. Dziś z paniką patrzę na moich braci kapłanów, którzy są uzależnieni od komputera i od Internetu. Księża lubią sobie siedzieć do późna w nocy, niby szukać jakichś ewangelizacyjnych tekstów na necie... Myślę, że przydało by się również w Polsce przypomnienie – także moim braciom księżom - o ascezie przy jedzeniu. Łakomstwo nie należy do grzechów piętnowanych przez księży, a jednak jest ono związane z pewną ociężałością umysłu. A więc asceza jest duchowieństwu potrzebna. W ascezie chodzi o rodzaj oderwania od codzienności. Oderwania po to, by mieć dyspozycyjność apostolską - porzucili wszystko i poszli za Jezusem. A więc porzucili wszystko, żeby podjąć tę misję, która jest misją najważniejszą. Św. Josemaria zaś chciał pokazać, że również świeccy, nie mniej niż zakonnicy i duchowni, są wezwani w imię apostolstwa do ofiarności. Nie ma świętości-light. Oczywiście Opus Dei z tym się nie afiszuje, pości się przecież w ukryciu. Sekretem Opus Dei to nie jakiś machloje finasowo polityczne lecz  jest poważne traktowanie powołania. Przy chrzcie świętym otrzymaliśmy białą szatę i trzeba wszystko zrobić by ją nie plamić.

Kiedy Ksiądz zaczął stosować zalecone przez Drogę umartwienia?
Z tego co wiem na razie w Big Brotherze uczestniczy się dobrowolnie... może nie wypada mówić o takich osobistych rzeczach... Chociaż  Nie jest to żaden sekret Opus Dei, ale należy do życia prywatnego. Kiedy się wchodzi na określoną drogę powołaniową – w moim przypadku Opus Dei – to odkrywa się wymagania jej towarzyszące. Moja mama była w Auschwitz i dobrze wiedziała, że cierpienie towarzyszy człowiekowi i że nawet nawiększe cierpienie może stać się okazją do wzrostu i dojrzałości. Ona wszczepiła mnie i rodzeństwu tę mądrość życiową któ®a polega na tym, że z cierpieniem prędzej czy później się spotkamy. To jest czymś normalne dla rodziny chrześcijańskiej. W moim domu rodzinnym np. zawsze w piątki był przestrzegany post, co w Argentynie wcale nie było aż tak oczywiste. Do Argentyny moja rodzina trafiła na skutek wojny. Rodzice pochodzili ze Lwowa i po wojnie nie wrócili do Polski. Matka teraz się stara w IPN dowiedzieć się w jakich okolicznościach zginął jej brat na początku lat 50 w Gdańsku.
Opus Dei w pierwszym rzędzie nauczyło mnie stosowania zwykłych umartwień, np. punktualnego wstawania intensywnej nauki, panowanie nad zachciankami. Można to nazwać kształtowaniem postawy, dzięki której przeze mnie nie są zmuszeni umartwiać się inni. Kiedy mocniej zaangażowałem się w Dzieło, wiedziałem już, że mogę podjąć także nieco poważniejsze umartwienia. Szczerze nmówiąc nigdy nie widziałem w tym nic nadzwyczajnego. Ciekawe, że to, co na pierwszy rzut oka wygląda bardzo poważnie, w istocie nie jest aż tak trudne. Najtrudniejszy jest sam fakt pamiętania o rytmie praktyk pokutnych. To tylko dwie godziny dziennie, a utrzymanie takiego porządku pomaga człowiekowi być w ciągłej czujności.

A można się wtedy skupić na czymś?
Oczywiście, że można się skupić na pracy i na rozmaitych innych zajęciach. Więcej nawet, nadaje to temu co robimy, smaku, głębi, nowego wymiaru. Na przykład pewien chirurg należący do Opus Dei, twierdził, że cilice zakłada specjalnie cilice na czas operacji, gdyż „pomaga mu to w koncentracji i przypomina, że wykonuje operację nie tylko dla pacjenta, lecz także dla Boga”.

Czy w innych współczesnych formacjach albo zakonach nadal stosuje się tego typu praktyki?
Tak, choć większość, niestety, odeszła od tej praktyki. Mówi się, że zakony, które potrafiły utrzymać pewien dryl i wymagania, mają też nowe powołania. A gdzie wymagania się obniżają, tam z czasem ulega się dyktatowi telewizji i innych rozrywek albo sprzeniewierza dyscyplinie czasowej – „bo siostra jest bardzo zmęczona i nie wstaje rano na modlitwę”.
Pragnę zaznaczyć, że duch Opus Dei nie nawiązuje do duchowości zakonnych. Nie jest to dostosowanie praktyk zakonnych do świeckich. Podobieństwa wynikają z Ewangelii. To Chrystus oddał życie za nas na krzyżu. Kapłaństwo Chrystusa jest związane z ofiarą. Gdy świecki odkrywa na czym polegają zobowiązania chrztu rozumie, że musi podejmować ofiarę. Pierwszą rzeczą którą maluch otrzymuje w kościele to znak krzyża na czole, i to jeszcze przed chrztem świętym?  

Osoby, które nie rozumieją sensu ascezy często pytają: „czemu ma służyć zadawanie sobie cielesnego cierpienia?”.
Warto zwrócić uwagę na słowo „służyć”, zawarte w pytaniu... Jesteśmy zanurzeni w niesamowicie pragmatycznym świecie. Miłość niczemu nie służy! Czemu ma służyć zatrzymanie się przy cierpiącym? Dobry Samarytanin stracił czas i dwa denary, żeby pomóc cierpiącemu. Niewątpliwie skomplikowało to mu życie. Czemu ma służyć troska o biednych? Czemu ma służyć posiadanie wielu dzieci? Przecież dzieci przeszkadzają w karierze. Czemu ma służyć pójście pieszo do Częstochowy, jeżeli można pojechać autobusem? Pielgrzymka nie jest po to, żeby było fajnie. Oczywiście pielgrzymka dla młodych ludzi może mieć i taki wymiar, i to też jest ważna sprawa, ale najważniejszym wymiarem jest składanie Panu Bogu ofiary. Dojrzewanie powołania polega na tym, że od Góry Tabor przechodzimy do Góry Golgoty. Czyli od tego, że coś jest fajne do tego że taka jest wola Boża. „Fiat, niech się stanie...” Taki tojk myślenia zaczyna się już w Abrahamie. Dlaczego Bóg wymagał od niego ofiary? Dlaczego Abraham porzuca wszystko i rusza? Czemu ma służyć głód przy poście zalecany przez Kościoł? Przecież nie chodzi o promowanie anoreksji (skądinąd bardzo poważnej choroby). Trzeba zrozumieć, że zostaliśmy odkupieni poprzez ofiarę Chrystusa i my, chrześcijanie, jeżeli chcemy iść za Chrystusem, musimy się z tą ofiarą jednoczyć.

Na przykład poprzez biczowanie?
Na pewno biczowanie przypomina o Męce Pańskiej, na pewno przypomina o tym, że zostałem odkupiony poprzez cierpienie. Ale jest też drugi wymiar, już bardziej przyziemny, ascezy - po prostu pomaga nam żyć w pewnej dyscyplinie. Nie łatwo panować nad starym człowiekiem. Ascetyka Asceza bez wymagań zazwyczaj nie sprawdza się, prowadzi do utraty czujności. A nasze słabości nie śpią! Lepiej zapobiegać niż leczyć. Umartwienia to taka szczepionka na nasze podłości. Każdy z nas jest zdolny do najbardziej paskudnych grzechów.

No dobrze, ale jak Ksiądz wcześniej zauważył, samo życie często przysparza nam tyle trudu i cierpienia, że niejako spełnia to rolę umartwienia. To może jednak wobec tego znoju i zmagania należałoby nie nakładać sobie dodatkowych wyrzeczeń i cierpień.
Bez dobrowolnych umartwień bardzo trudno przyjmować te które przynosi samo życie. Spontanicznie obniżamy poprzeczkę i podejmujemy pokutę tylko wtedy, gdy nie mamy innego wyjścia. Gdy mnie boli głowa, gdy teściowa mi kołki na głowie ciosa (nie mam teściowej), cóż, ofiaruję to Panu Bogu. Świadectwo mistyków uczy, że jeżeli nie ma dobrowolnego umartwienia, to bierne umartwienie przynosi niewiele korzyści. Mam takie doświadczenie z Argentyny: kiedy pociąg jedzie przez pustynię pojawia się ogromna ilość kurzu. Żeby nie zakaszleć się na śmierć trzeba wszystko uszczelnić: okna, drzwi, wszystkie szczeliny. Ale pociągu, który jest ciągle w ruchu nie da się do końca uszczelnić. Rozwiązanie jest bardzo proste: podnosi się troszeczkę ciśnienie wewnętrzne w pociągu. Dzięki temu kurz nie może dostać się do środka. Czymś takim jest umartwienie. Jeżeli my poprzez dobrowolne umartwienie nie podniesiemy ciśnienia wewnętrznego, to po prostu ten świat będzie w nas wchodził jak kurz. My natomiast nie będziemy wpływać na świat. Tym samym nie będziemy mieli również siły, żeby zapanować nad alkoholem, nad konsumpcją w różnych wydaniach albo nad własnym charakterem. Po prostu stresy nas rozłożą. A więc np. ta „dyscyplina”, jak sama nazwa wskazuje, nas dyscyplinuje. Oczywiście nie jest to, powtarzam, jedyna droga i Opus Dei bez niej doskonale mogłoby się obyć. My nie mamy copyrightu dyscyplinę.

Jak Ksiądz wcześniej zaznaczył forma ascezy jaką podejmujemy jest zależna od sytuacji życiowej i naszych zadań jaki podejmujemy. Ale też chyba od okresów życia, możliwości, zdrowia?
Oczywiście forma ascezy może i powinna się zmieniać. Wciąż pojawiają się kolejne wyzwania. Każdy okres w życiu ma swój smak i charakter, a rozsądna asceza pozwala odnaleźć swoje miejsce niezależnie od tego czy ma się 30, 40 czy 60 lat. Opaska czy łańcuszek w starszym wieku nie są już potrzebne, bo wtedy pojawiają się np. nieprzespane noce. Asceza polega wtedy na tym, by się nie skarżyć, nie dosypiać podczas ważnej rozmowy czy konferencji, żeby nie popaść w hipochondrię i panować nad charakterem. Przecież są rzeczy, które w starszym wieku bardzo wyprowadzają z równowagi. Ja osobiście podziwiam Jana Pawła II, który, gdy już się nie mógł uśmiechać, bo po prostu zesztywniała mu twarz, to jedną z rzeczy, nad którą najbardziej ubolewał było to, że stracił uśmiech. I ten jego wielki wysiłek na ostatnim etapie życia, żeby nie pokazywać poważnej, cierpiącej twarzy był niesłychanie poruszający.

Chrześcijaństwo to przede wszystkim łaska, a Ksiądz tutaj cały czas: panowanie nad sobą, dyscyplina...
Oczywiście na pierwszym miejscu jest spotkanie z Chrystusem. To jest łaską! Darem i tajemnicą. Nikt nie zasłużył na to, by usłyszeć od Jezusa „pójdź za Mną!” Łaska i odpowiedź, Krzyż to moja odpowiedź. Miłość szuka znaków, szuka formy. Zakochany odkrywa kupuje kwiaty by ofiarować swej ukochanej. To na modlitwie odkrywamy, że Bóg jest Ojcem, a potem mówimy „Bądź wola Twoja”, „przyjdź Królestwo Twoje” do mnie. Świętość przede wszystkim polega na pozwoleniu, by to Bóg działał w naszym życiu, przemieniając je. To jest otwarcie się na działanie łaski. Owo pozwolenie oznacza obumieranie „starego człowieka”. W tej perspektywie łatwiej zrozumieć, co znaczy powszechne powołanie do świętości. Znając wiele historii świętych, wiedząc, że podczas procesu kanonizacyjnego poszukuje się cnót heroicznych, możemy mieć mylne wyobrażenie o tym, czym jest świętość. Często wówczas myślimy: to nie dla mnie, nie czułbym się na siłach, by być tak heroicznym, to zbyt wielki ideał dla mnie. W tym wypadku świętość byłaby przeznaczona tylko dla wielkich, takich, jakich widzimy na ołtarzach, którzy bardzo są od nas, normalnych grzeszników, są inni. Cnota heroiczna nie oznacza, że święty był kimś w rodzaju sportsmena świętości, który wykonuje pewne ćwiczenia nieosiągalne, jeśliby wymagać ich od ludzi normalnych. A jest dokładnie odwrotnie - kiedy w życiu człowieka objawia się obecność Boga, to wyraźnie widać to wszystko, czego człowiek nie jest w stanie zrobić sam.
Powtarzam jeszcze raz, że my w Opus Dei nie promujemy za wszelką cenę dyscypliny i włosiennicy. Dzieło nie jest promotorem czegoś, co być może tradycyjnie jest bardziej związane jest z powołaniem zakonnym. Jednak nie odcinamy się również od tradycji Kościoła i szczerze dziękujemy Danowi Brownowi za to, że zmobilizował nas do tego, by otwarcie mówić na te tematy.