Na większą chwałę Boga
Czym jest „Opus Dei", „Dzieło Boże", jedna z najistotniejszych dla współczesnego Kościoła rzymskokatolickiego instytucji, skierowana, w dużej mierze, na ewangelizację świeckich elit w ich różnorodności (od świata polityki, ekonomii po media i ludzi nauki)? Odpowiedź, jakiej udziela status tej instytucji jest oczywista - prałatura personalna, pozostająca pod bezpośrednią władzą Stolicy Apostolskiej (od 1982 roku). Jedyna, jak dotychczas, tego typu prałatura, należy dodać. Organizacja służąca formacji duchowej osób duchownych i świeckich - w duchu posłuszeństwa doktrynie i strukturom Kościoła katolickiego.
„Opus Dei" nie ma dobrej prasy, ani w wielu mediach świeckich, ani - co znacznie bardziej interesujące - kościelnych. Tym bardziej w Polsce - elitarny, intelektualny, nietypowy dla umasowionego Kościoła ruch, niezależny od władzy Episkopatu, biskupów i proboszczów, działa wielu z nich na nerwy. Choć trudno im to przyznać, ogół przedstawicieli polskiego kleru ma znikomą wiedzę na temat „Dzieła" i stąd tak często pytania wiernych na ten temat zbywają niechętnym wzruszeniem ramion. Ten elitaryzm organizacji ma także swój zewnętrzny walor: dyskrecja i brak jakiejkolwiek ostentacji w podkreślaniu własnej przynależności do ruchu chroni - przynajmniej do czasu - przed oskarżeniami o klerykalizm i triumfalizm. Świeckość „Opus Dei", podkreślana na każdym kroku, jest zasadniczym i bardzo na czasie elementem strategii tego z istoty religijnego przedsięwzięcia. To, co niechętni „Dziełu" określają mianem jego „paramasońskiego charakteru" jest konsekwentną realizacją powziętej i zrealizowanej przez Kościół na Soborze Watykańskim II myśli, by -w miarę możności - to, co religijne i to, co świeckie współdziałało ze sobą bez niepotrzebnych zgrzytów, harmonijnie, przez dialog, a nie w drodze anathem, wykluczenia i jawnego prymatu ołtarza nad tronem. Oczywiście, wszystko to dla dobra Kościoła i, jakby powiedzieli zepchnięci w cień przez „Dzieło" jezuici, „na większą chwałę Boga". W tym sensie „Opus Dei", jak zresztą wiele ruchów wewnątrzkościelnych po Vaticanum II, rozwija posoborową politykę Kościoła katolickiego, realizowaną wobec własnych wiernych, instytucji państwowych, odnoszącą się do wszelkich przejawów działalności społecznej, politycznej, ekonomicznej i kulturalnej. W polskiej sytuacji, gdzie dominuje model Kościoła sklerykalizowanego, z wyraźną przewagą duchownych nad świeckimi (ci drudzy w swej masie są jedynie tłem dla kościelnej hierarchii), ciągle niewystarczającą rolą wiernych w administrowaniu parafiami i obrzędowo-triumfalistyczną celebracją kultu, „Dzieło Boże" jest jedyną w swoim rodzaju instytucją modernizującą struktury kościelne w duchu absolutnej lojalności wobec Rzymu. Nie rezygnując przy tym w żadnej mierze z udziału w sprawach świeckich - co czyni ten ruch znacznie skuteczniejszym i pożyteczniejszym dla Stolicy Apostolskiej niż skostniałe, pełne rutyny i uwikłane w miejscowe układy „zasiedziałe" instytucje kościelne.
„Dzieło Boże" łączy w swojej strukturze zarówno świeckich, jak osoby duchowne (w Polsce jest to ponad 300 osób, na świecie około 84 tysiące, nie licząc znacznej rzeszy sympatyków). Harmonijna - przynajmniej z założenia - współpraca między nimi w obrębie ruchu przekłada się na relacje ze światem zewnętrznym. Współpracownicy „Opus Dei" nie uciekają od świata, przeciwnie - ich zadaniem jest kształtowanie rzeczywistości tak, by możliwie jak najwięcej z kościelnej doktryny przedostało się do sfery publicznej (ich formacja duchowa ma także niezbędny dla życia w Kościele osobisty charakter). Tu sytuacja jest klarowna i wymaga odsłonięcia przyłbicy -zaangażowani w „Opus Dei" politycy, ludzie mediów, naukowcy, także studenci i tak zwani „zwykli ludzie" dążą do aktywnego wpływu na swoje środowiska i w tym, co dotyczy nauczania Kościoła nie są skłonni na żadne kompromisy. Bycie w świecie? Tak, ale nigdy za cenę „zgnitych" kompromisów. To dlatego związani z „Dziełem" polscy politycy (w większości wywodzący się z rządzącej obecnie partii), ludzie elit, dążą do jak największego zespolenia nauczania Kościoła z instytucjami społeczno-politycznymi, normami prawnymi, przekazem medialnym. Świeckość, jak rozumie ją współczesny Kościół i za czym podąża „Opus Dei", nie jest i nie może być w ostateczności przestrzenią etycznie „laicką", neutralnie światopoglądową, w grę wchodzi raczej łagodne, ale konsekwentne organizowanie państwa według katolickiej nauki społecznej. I tu pojawia się problem nie do przekroczenia, którego nie jest w stanie zażegnać nawet tak „świecka" organizacja, jak „Opus Dei", konflikt widoczny w chwilach konfrontacji między społecznie zaangażowanymi katolikami a ich zdecydowanie laickimi antagonistami - pytanie o to, jak wiele miejsca może zagospodarować dla siebie Kościół w przestrzeni publicznej. Jednak i w tej sytuacji polityka „Dzieła" nie tkwi w martwym punkcie - w kraju takim jak Polska, o silnie zaznaczonych wpływach katolicyzmu, traktowanych jako oczywistość, o wiele łatwiej odnaleźć się politykom w rodzaju Marka Jurka, ludziom mediów pokroju Jarosława Selina, biznesmenom takim jak Waldemar Gasper (niegdysiejszy prezes Telewizji Familijnej, obecnie TV Puls). Mniej w tym względzie liczy się narodowo-katolicka retoryka (choć i od niej nie odżegnuje się obecny marszałek Sejmu), więcej - strefa realnych wpływów. Stąd naturalny dla „Opus Dei" szacunek dla elit, postawienie na jakość, stosunkowo mała j aktywność w medialnym, masowym katolicyzmie. Znamienne, że po śmierci Jana Pawła II, wśród licznych komentatorów tego wydarzenia, nie uwidocznił się w tamtym czasie nikt, kto by przedstawiał się jako członek „Opus Dei". Rozgłos i niepotrzebna „sława" zbędne są tam, gdzie największe sukcesy gwarantuje dyskrecja - postawę taką można by nazwać jezuityzmem, gdyby nie fakt, że „Opus Dei" dawno już prześcignęło pogrążonych w kryzysie jezuitów w lojalności i dyspozycyjności wobec Stolicy Apostolskiej.
Szacunek dla elit, funkcjonowanie w ich obrębie, nie wyklucza w przypadku „Opus Dei" uznania dla znaczenia „niższych" warstw społecznych, dla tych, którzy dopiero zmierzają ku górze. Znamienne, że w swej działalności w Polsce „Dzieło" skupia się dotychczas na prowadzeniu akademików dla studentów. Dla ruchu niezmiernie ważna jest możliwość wychowywania elit dla własnych celów, ich pełna integracja z przesłaniem i sposobami aktywności „Dzieła". Placówki „Opus Dei" - co ważne - jak i zresztą cała nomenklatura przyjęta w obrębie ruchu, jak ognia unikają skojarzeń ze sferą religijną. Krakowski akademik dla studentów, prowadzony przez „Dzieło", to po prostu „Barbakan", bez szumnych inwokacji do któregokolwiek ze świętych czy błogosławionych Kościoła rzymskokatolickiego. Tak jest na każdym z pięciu kontynentów, gdzie funkcjonuje „Opus Dei". Choć przeniknięte doktryną Kościoła, „Dzieło" wystrzega się nadto konfesyjnych skojarzeń - „świadectwo życia" i działalności jest tu rękojmią i sprawdzianem lojalności wobec ruchu. To strzeże przed zbytnim umasowieniem, pozwala zachować odpowiedni poziom ekskluzywizmu i gwarantuje sprawne funkcjonowanie całości. Dopóki można (jest to kwestia zużycia się każdej instytucji w dziejach Kościoła, oprócz bodajże samego papiestwa), „Opus Dei" broni się przed błędami licznych wspólnot zakonnych, które w historii Kościoła zapadały się pod własnym ciężarem, wskutek kryzysu tożsamości, związanego z nadmiernym rozrostem, nieumiejętnością zachowania dynamiki i wynikającym stąd nieprzystosowaniem do zmiennych warunków historycznych. Stąd „Opus Dei" bardzo uważnie przygląda się kandydatom wyrażającym chęć współpracy, lub wejścia w struktury ruchu. Kto chciałby potraktować elitarną prałaturę personalną jako trampolinę do osobistego sukcesu, musi się liczyć z odrzuceniem - życie i działalność jej członków podporządkowane są celom nadrzędnym, przeważającemu nad wszystkimi zamierzeniami dobru Kościoła. Sukcesy w działalności ruchu nie są celem samym w sobie, inaczej nigdy nie uzyskałoby tak
dużego kredytu zaufania ze strony Stolicy Apostolskiej. Deklarujący świeckość ruch, niemal przejrzysty w swej laickości, jest w gruncie rzeczy nowoczesnym narzędziem wpływu Kościoła na świat, tym przydatniejszym, im mniej efektywnie (choć często nadto efektownie) działają pozostałe instytucje kościelne.
Zdaniem części komentatorów życia Kościoła, „Opus Dei" jest ruchem otwartym na liberalne przemiany w gospodarce, skłonnym raczej do wspomagania procesów modernizacji niż dążącym do utrzymania „status quo". Rzecz godna odnotowania, lecz dyskusyjna, choćby dlatego, że elity Kościoła dobrze zdają sobie sprawę z konieczności elastycznej, dostosowanej do miejscowych realiów oceny sytuacji i sposobów wpływania na nią. Nie bez powodu związane z „Opus Dei" prawicowe elity polityczne w Polsce chętniej powołują się na solidaryzm społeczny (w myśl nauki Jana Pawła H wyrażonej w encyklice „Laborem exercens") niż powszechnie dominujący nurt liberalny, zapożyczony z Zachodu, w sferze ideowej niechętny Kościołowi i odpowiedzialny za ostatnich 15. lat funkcjonowania DI RP. Tyle że wątki solidaryzmu, z konieczności, ustępują przed zastaną rzeczywistością, przemożnym wpływem interesów ekonomicznych, ingerencją grup biznesu w świat polityki, natomiast do zagospodarowania zostaje cała sfera obyczajowo-prawna, z braku silnej lewicowej opozycji (dziś - politycznej, od dawna - ideowej) niemal zupełnie nie zabezpieczona przed wpływami katolicyzmu. O ile więc niewiele wskazuje na to,
by elity związane z „Opus Dei" miały gwałtownie występować przeciw dogmatom wolnego rynku, o tyle znacznie wygodniej będzie im redefiniować w duchu nauczania Kościoła te normy prawne, które wprost odnoszą się do zagadnień etycznych i światopoglądowych. Trzeba pamiętać, że „Opus Dei" nie jest ruchem liberalnym, prawicowym, czy lewicowym ze swej istoty, ale - zgodnie z najlepiej pojętym interesem Kościoła - za pośrednictwem uformowanych przez siebie grup wpływu realizuje katolicką naukę społeczną na tyle, na ile umożliwiają to w bieżących realiach istniejące warunki. Siła „Opus Dei", proponowana przez nią formacja nie zmierza bowiem do kształtowania rewolucjonistów, ale raczej pełnych oglądy i dobrze wykształconych, obytych ze światem dżentelmenów, którzy bez pokrzykiwań i w białych rękawiczkach załatwiają doczesne interesy Kościoła. Strategia konieczna w świecie, w którym władza duchowa rzymskiego katolicyzmu znacznie uszczupliła swe możliwości bezpośredniego sterowania życiem państw i społeczności ludzkich.
Błędem byłoby zatem postrzeganie „Opus Dei" jako swoistego Kościoła w Kościele, hermetycznej i pozbawionej zewnętrznej kontroli organizacji kościelnych ViP-ów Siła tego ruchu wynika przede wszystkim z wiernopoddańczej (w obrębie Kościoła powiadają „synowskiej") więzi ze Stolicą Apostolską, znajomością jej zamysłów i zdolnością do ich realizacji w skali powszechnej, za pośrednictwem uformowanych do tego celu elit. Współczesny Kościół potrzebuje świeckich nie tylko jako masy wiernych, wypełniających po brzegi świątynię (perspektywa najłatwiej pojmowalna w naszych realiach), ale jako dyspozycyjnych, życiowo zaradnych (by nie powiedzieć przebojowych) aktywistów, kształtujących raczej społeczno-polityczną rzeczywistość niż przez nią kształtowanych. Z perspektywy Kościoła jest zatem „Opus Dei" jeszcze jedną wyłonioną na początku XX wieku ze swego łona organizacją, która, jak dotychczas, spełnia pokładane w niej nadzieje i „ma przed sobą świetlaną przyszłość". Z perspektywy świeckiej trzeba zaś pamiętać, że Kościół nigdy nie rezygnuje z wpływu na świat doczesny i w miarę możności stara się być aktywnym graczem na jego scenie, we wszystkich możliwych aspektach. Tak tajemnicze dla wielu „Opus Dei", jego ludzie, ich aktywność stają się w tej sytuacji nader przejrzyste i przewidywalne.
Krzysztof Wołodźko, doktorant na wydziale filozofii Uniwersytetu Jagiellońskiego, dziennikarz „Trybuny"
| < Poprzednia | Następna > |
|---|







