Dan Brown kreuje nowe stereotypy
Paweł Lisicki. Dziennik 18-05-2006
Widzę trzy przyczyny narastającej popularności „Kodu…”. Po pierwsze wszystkie książki i filmy proponujące spiskową lub, w jakiś sposób, alternatywną wersję historii, wydają się ludziom atrakcyjne, bo są inne od tego, czego się nauczyliśmy.
Druga przyczyna jest taka, że „Kod…” odwołuje się do rozpowszechnionego na Zachodzie systemu New Age. Stąd wątek seksualności, która została rzekomo przez Kościół katolicki stłumiona, a ma być drogą obcowania z bóstwem, rodzajem iluminacji. To też się wydaje atrakcyjne. Trzeci powód, bardzo istotny, to wykorzystanie bardzo głęboko zakorzenionego antykatolickiego resentymentu, który pokutuje wśród wielu przedstawicieli liberalnego Zachodu. Istnieje taka zbitka pojęciowa, zgodnie z którą Kościół jest winny przemocy wobec innowierców, inkwizycji, czyli odpowiada za całe zło Zachodu. A kiedy próbuję się taką zbitkę odnosić do współczesności, to świetnie pasuje Opus Dei, bo jest organizacją konserwatywną i tradycyjną, więc można jej przypisać różne dawne grzechy ludzi Kościoła.
Osobiście patrzę na to zamieszanie wokół „Kodu…” za spokojem, chociaż książka z pewnością może pogłębić antykatolicki resentyment, o którym wspomniałem. Niebezpieczeństwo polega też na tym, że powszechna znajomość historii jest na tyle słaba, że wielu czytelników może wziąć wymysły Browna za dobrą monetę. Książka może więc nie tylko utrwalać pewne stereotypy, ale i kreować nowe. Od tej pory Opus Dei, ludziom, którzy nie wiedzą nic o tej organizacji, będzie się kojarzyć z czymś złym, podejrzanym.
Nawet jeśli będzie się im powtarzać, że Dan Brown zapisał bzdury, to pozostanie takie skojarzenie. Na wizerunek Kościoła książka i film może mieć bardzo negatywny wpływ.
Widzę trzy przyczyny narastającej popularności „Kodu…”. Po pierwsze wszystkie książki i filmy proponujące spiskową lub, w jakiś sposób, alternatywną wersję historii, wydają się ludziom atrakcyjne, bo są inne od tego, czego się nauczyliśmy.
Druga przyczyna jest taka, że „Kod…” odwołuje się do rozpowszechnionego na Zachodzie systemu New Age. Stąd wątek seksualności, która została rzekomo przez Kościół katolicki stłumiona, a ma być drogą obcowania z bóstwem, rodzajem iluminacji. To też się wydaje atrakcyjne. Trzeci powód, bardzo istotny, to wykorzystanie bardzo głęboko zakorzenionego antykatolickiego resentymentu, który pokutuje wśród wielu przedstawicieli liberalnego Zachodu. Istnieje taka zbitka pojęciowa, zgodnie z którą Kościół jest winny przemocy wobec innowierców, inkwizycji, czyli odpowiada za całe zło Zachodu. A kiedy próbuję się taką zbitkę odnosić do współczesności, to świetnie pasuje Opus Dei, bo jest organizacją konserwatywną i tradycyjną, więc można jej przypisać różne dawne grzechy ludzi Kościoła.
Osobiście patrzę na to zamieszanie wokół „Kodu…” za spokojem, chociaż książka z pewnością może pogłębić antykatolicki resentyment, o którym wspomniałem. Niebezpieczeństwo polega też na tym, że powszechna znajomość historii jest na tyle słaba, że wielu czytelników może wziąć wymysły Browna za dobrą monetę. Książka może więc nie tylko utrwalać pewne stereotypy, ale i kreować nowe. Od tej pory Opus Dei, ludziom, którzy nie wiedzą nic o tej organizacji, będzie się kojarzyć z czymś złym, podejrzanym.
Nawet jeśli będzie się im powtarzać, że Dan Brown zapisał bzdury, to pozostanie takie skojarzenie. Na wizerunek Kościoła książka i film może mieć bardzo negatywny wpływ.
| < Poprzednia | Następna > |
|---|







