"Bracia, nie pozwólcie na to..."
Buenos Aires, czerwiec 1974 r. W sali teatru San Martín zebrało się kilka tysięcy osób, by uczestniczyć w spotkaniu z założycielem Opus Dei. Po krótkim wprowadzeniu zaczyna odpowiadać na pytania publiczności. W poufnej rozmowie dzieli się swymi doświadczeniami z pięćdziesięciu lat kapłańskiej pracy. Wspomina swoją pierwszą dziecięcą spowiedź, mówi o katechezie rodzinnej, o apostolstwie książek, o aniołach stróżach... Nie stara się odgrywać roli „charyzmatycznego przywódcy”. To nie w jego stylu. Są to raczej zwierzenia starszego już ojca wobec swoich dzieci. Jest bardzo komunikatywny. Potrafi skupić uwagę słuchających. Czasami ton jego słów staje się poważny, nawet dramatyczny. Tak dzieje się zawsze, gdy mówi o trudnościach, jakie przeżywa Kościół ze strony tych, którzy „powinni być światłem i solą, a nimi nie są”. Tłumaczy, jak Jezus uczy kochać wszystkich, że nie da się pogodzić chrześcijaństwa z wzywaniem do nienawiści. Nagle zadaje sobie retoryczne pytanie: czy walka – w domyśle walka klas – jest do pogodzenia z nauką Chrystusa? I odpowiada swoim mocnym hiszpańskim akcentem z Aragonii: – Nie! Otwierając ręce opowiada, jak Pan Jezus na Krzyżu otwiera swoje ramiona, by mogli się tam wszyscy zmieścić: ci z lewej i ci z prawej, wszyscy, wszyscy, wszyscy...
Byłem obecny na tym spotkaniu. Zostało ono zarejestrowane na filmie. W wieku XXI możemy nie tylko czytać książki pisane przez świętych, ale i oglądać tych, którzy niedawno żyli. Scena, o której mówię, jest jakby „filmową ikoną” jego myśli o koniecznej otwartości w duszpasterstwie. Księża powinni mieć otwarte ramiona, aby wszyscy mogli z zaufaniem zbliżyć się do nich: ci z prawej i ci z lewej. Mówił o czymś, co usilnie starał się realizować. I dlatego został kanonizowany. Święci nie tylko mieli „piękne myśli”, ale żyli nimi. Żyli w sposób heroiczny. Kanonizowani duszpasterze to nie ci, którzy wymyślili wspaniałe „plany duszpasterskie”, ale ci, którzy – ulegli łasce Bożej – stosowali we własnym życiu to, czego nauczali.
W sprawach doczesnych nie ma dogmatów
– Jestem księdzem, który potrafi mówić tylko o Panu Bogu! Nie bójcie się mówić zawsze o Panu Bogu. Nie obawiajcie się, że zanudzicie ludzi mówiąc tylko o Bogu – radził księżom. Przypominał też o tym, o czym księża nie powinni mówić. Na pierwszym miejscu – jak zresztą każdy człowiek – nie powinni mówić o tych sprawach, na których się nie znają, bo ich nie studiowali. Czasami konkretyzował, by nie mówić o polityce, o psychologii, o socjologii... Św. Josemaría oczywiście nie miał nic przeciwko tym dziedzinom życia, ale uważał, że nie są one specyficzne dla księży. Radził też księżom unikać wyrażania własnej opinii w sprawach, które Bóg pozostawił do wolnej oceny. W przeciwnym bowiem razie duszpasterz nie mógłby dotrzeć do tych, którzy – mając prawo do tego – myślą w odmienny sposób. Św. Josemaría już w latach trzydziestych był wrażliwy na to, co z czasem Sobór Watykański II określił jako autonomię spraw doczesnych. Czasami określał to jako „zdrowy antyklerykalizm” lub – pozytywnie – jako „mentalność świecką”, potrzebną także księżom.
Zdaniem św. Josemaríi księża przede wszystkim nie powinni mieszać się do aktywnej polityki. Przed wojną domową w Hiszpanii środowisko studenckie było mocno upolitycznione. Św. Josemaría bardzo dbał o to, by garnąca się do niego młodzież odróżniała sprawy otwarte na wolną dyskusję od tych spraw, które stanowią naukę Kościoła. Taką postawę zachował w odmiennej sytuacji politycznej Hiszpanii pierwszej połowy lat czterdziestych. Gdy w 1946 r. przeniósł się do Rzymu, jako obcokrajowcowi jeszcze łatwiej przyszło mu zachować właściwy dystans wobec polityki. Niemniej jednak takie pojmowanie wolności nie było wówczas powszechne, nawet w niektórych środowiskach kościelnych. W wywiadach udzielonych pod koniec lat sześćdziesiątych, zebranych w książce pt. Rozmowy z prał. Escrivą, bardzo często powtarza się temat wolności opinii w sprawach doczesnych, jaką cieszą się wierni w Kościele, w tym i wierni Opus Dei. Wolność ta szczególnie leżała mu na sercu, choć nie wszyscy go wtedy rozumieli.
Dla św. Josemarii autonomia opinii w sprawach doczesnych bynajmniej nie oznaczała relatywizowanie moralności. Pisał w latach trzydziestych: Bezwyznaniowość. Neutralność. — Stare mity, które wciąż usiłuje się odmładzać. Czy zadałeś sobie kiedyś trud zastanowienia się nad tym, jakim absurdem jest rezygnacja z postawy katolickiej przy wstępowaniu na uniwersytet lub do związku zawodowego, do grona uczonych albo parlamentu, jak w przypadku kogoś, kto pozostawia swój kapelusz w szatni? („Droga”, nr 353). Św. Josemaría nie bał się wyrazistości. Starał się łączyć „świętą nieustępliwość” z serdecznością i szacunkiem wobec wszystkich. Na spotkaniach, niezależnie od wielkości audytorium, dbał o jasny przekaz Ewangelii. Poruszał tematy delikatne i trudne. W nauczaniu nie ograniczał się do ogólnych zasad, chętnie mówił o konkretach. Gdy wielu to kwestionowało, jasno mówił o konieczności spowiedzi, o cnocie czystości i przyzwoitości w ubiorze, o hojności w przyjmowaniu dzieci i tworzeniu wielodzietnych rodzin, o konieczności umartwiania się...
Uświęcanie świata dla św. Josemaríi oznaczało odnajdywanie Boga pośród świata i tworzenie takiego świata, w którym inni mogą Go odnaleźć. Powołanie do świętości wszystkich ochrzczonych to też powołanie do odpowiedzialności za świat. Nowoczesnym żargonem byśmy powiedzieli „wziąć świat we własne ręce”, by prowadzić go do Boga. To wzięcie we własne ręce nie wynikało z pelagiańskiego lekceważenia łaski. Odpowiedzialność za świat oznaczała dla niego owocne wykorzystanie daru wolności. Wolność w szukaniu rozwiązań, by współtworzyć z innymi ludźmi świat kultury, nauki, ekonomii – taki świat, który byłby zgodny z zamysłem Boga i który w swej różnorodności okazywałby Jego bogactwo. Dla św. Josemarii nie ma jednej ostatecznej formy kultury, nauki lub ekonomii, która by stanowiła kanon i obowiązkowe rozwiązanie dla wszystkich wierzących.
Dusze należą do Boga
Szacunek dla wolności, którą Bóg daje każdemu człowiekowi, ogarnia też szacunek dla konkretnej drogi rozwoju duchowego każdego człowieka. Św. Escrivá także i na tym polu widział różnorodność jako coś nie tylko dobrego, ale i koniecznego. Cudem Zielonych Świątek jest uświęcenie wszystkich dróg: Nigdy nie należy go rozumieć jako monopol ani przedkładanie jednej drogi nad inną. Zielone Świątki są nieskończoną różnorodnością języków, metod, form spotkania z Bogiem, a nie przymusową jednolitością („Bruzda”, nr 226).
Miłość do Kościoła prowadziła św. Josemarię do miłowania wielowiekowych praktyk pobożności. Zachęcał do ich poznawania i praktykowania. Nie upatrywał w nich ostatecznego celu życia duchowego. Miały one stanowić niejako ramy, by w nich mogła rozwinąć się zażyłość z Bogiem. Rutynowa, anonimowa pobożność była dla niego grobem życia duchowego. Gdy w latach sześćdziesiątych zapanowała moda na lekceważenie form, aby w ten sposób bardziej spontanicznie skupić się na treści, zwracał uwagę, że często po porzuceniu form w końcu traci się i treść. Dla niego logika Wcielenia wymaga, by życie duchowe się materializowało, konkretyzowało. Miłość szuka znaków, postanowień. Miłość szczególnie pragnie słuchać: – Co mam czynić Panie? (Dz 22,10). Pragnie uległości wobec Ducha.
Będąc jeszcze młodym księdzem zrozumiał, że nie powinien przywiązywać ludzi do swojej osoby. Dla kierownika duchowego istnieje takie niebezpieczeństwo. Dzielił się swoim doświadczeniem z księżmi przypominając im, że nie są „ani wzorem (jest nim Jezus) ani kształcącym (jest nim Duch Święty)”. Mówił to korzystając z gry słów możliwej w języku hiszpańskim: no sois ni el Modelo ni el Modelador. Kapłan powinien pamiętać, że jest tylko narzędziem. Dusze należą do Boga. Paś baranki moje, paś owce moje – mówi Jezus do Piotra. Św. Josemaría komentuje: Paś baranki, „nie twoje, nie wasze, lecz moje! On, bowiem stworzył człowieka, On go odkupił, On wykupił każdą duszę, co do jednej, za cenę swojej Krwi” („Przyjaciele Boga”, nr 268). Zapomnienie o tym fakcie i nadmierny akcent na „moich wiernych”, „moje owieczki” nie sprzyja budowaniu duchowości komunii, a w patologicznych przypadkach prowadzi do odgrywania roli „psa ogrodnika”.
Zostało już powiedziane, że św. Josemaria nie rozumiał autonomii w sprawach doczesnych jako braku wszelkich odniesień do prawdy. Tak samo i w życiu duchowym szacunku wobec każdej duszy nie rozumiał jako „milczącego duszpasterstwa”. Pojmował pracę pasterza jako prawdziwe prowadzenie. Radził księżom, by podczas kierownictwa duchowego i podczas spowiedzi nie ograniczali się tylko do słuchania. Według św. Josemarii pasterz poprzez umiejętne pytania ma niesamowitą okazję, by kształcić sumienie, otwierać nowe horyzonty.
Pokolenie roku 1968 głosiło bunt wobec wszystkiego. Przeniknęło to do środowisk kościelnych w różnych teoriach głoszących „dojrzałe chrześcijaństwo” wyzwolone od tak „uwłaczających i nieaktualnych” spraw jak pokora, posłuszeństwo, dyscyplina. Św. Josemaria ubolewał nam takim stanem rzeczy. Dla niego bunt bez żadnych pozytywnych rozwiązań nie miał sensu. Powtarzał, że religia jest największym buntem człowieka, który nie chce żyć jak zwierzę. I dodawał: „a więc jestem największym buntownikiem!” Chrystus, ideał człowieka dojrzałego, dał nam przykład posłuszeństwa, stał się posłuszny aż do śmierci... Dla św. Josemarii posłuszeństwo pozwala wolności rozwinąć skrzydła. Dobrowolne posłuszeństwo jest wynikiem miłości, która pragnie oddania tego, co najcenniejszego – własnej woli. Radził kierownikom, by zawsze kształcili w takim odpowiedzialnym posłuszeństwie. Kierownictwo to nie „zastępnictwo”. Dobrze przeżywane posłuszeństwo nie oznacza niezdrowego paternalizmu utrzymującego wiernych w infantylnej postawie.
Moc rady udzielanej przy kierownictwie duchowym często wynika z norm moralnych. Kierownik przypomina to, co powinno przypominać prawe sumienie. Każdy człowiek potrzebuje w pewnych sytuacjach jasnej rady: I jeśli prawa twoja ręka jest ci powodem do grzechu, odetnij ją i odrzuć od siebie. Lepiej bowiem jest dla ciebie... (Mt 5, 30). W przypadku pozytywnych przykazań kierownik wskazuje na możliwości, zachęca, dodaje nadzieję. Jezus mu odpowiedział: «Jeśli chcesz być doskonały, idź, sprzedaj, co posiadasz i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną» (Łk 18, 21).
„Każdy wędrowiec niech podąża swoja drogą”
Powiedziałeś mi w rozterce: Tyle jest dróg! — I tak być powinno, aby spośród tak cudownie różnorodnych dróg każda dusza mogła wybrać własną drogę. Wahasz się? — Wybierz raz i na zawsze, a wątpliwości zamienią się w pewność („Droga”, nr 964). Mnogość dróg i możliwości nie oznacza wcale obojętności wobec wybranej drogi. Kochać pana Boga to kochać wolę Bożą – wolę, która ma konkretne wyrazy dla każdego człowieka tu i teraz w wierności wobec własnego powołania. Św. Josemaría opowiadał, jak Pan Bóg w wieku dorastania zakołatał do jego serca. Było to zimą roku 1917. Pewnego poranka zauważył na śniegu ślady bosych stóp. Ślady prowadziły do klasztoru karmelitów bosych. Josemaría zadał sobie pytanie: – ten człowiek w ten sposób poświęca się Panu Bogu. A ja – co robię? Poruszony tym faktem podjął kierownictwo duchowe u tego karmelity – ojca José Miguela. Po kilku miesiącach ojciec José Miguel zapytał chłopca, czy się nie zastanawiał nad możliwością zostania karmelitą. Josemaría poważnie potraktował sprawę. Przemodlił ją i doszedł do wniosku, że Bóg od niego oczekuje czegoś innego. Z czasem podjął decyzję wstąpienia do seminarium diecezjalnego i zmienił kierownika duchowego.
Ks. Josemaría zawsze z wdzięcznością wspominał ojca José Miguela. Widział jako dobrą rzecz fakt, że ojciec karmelita, który kochał własne powołanie, miał pragnienie, by inni szli tą samą drogą. Gdy na Zachodzie ruszył lawinowy kryzys powołań kapłańskich i zakonnych św. Josemaría bardzo to przeżywał. Wbrew panującej w niektórych środowiskach modzie widział jako bardzo zły znak zobojętnienie na sprawę powołań u osób, które poszli za Bożym wezwaniem. Gdy osoba, która oddała całe swoje życie Bogu nie pragnie tego dla innych to znak, że czuje się nieszczęśliwa na swojej drodze i nie chce, by inni mieli takie przykre doświadczenie. Brak ducha apostolskiego zawsze jest złym znakiem. Naśladowanie Jezusa ze strony duszpasterza oznacza umiejętność wzbudzenia niepokoju i „rozterki powołaniowej”: czy i do mnie Jezus nie mówi pójdź za mną?
Słowo prozelityzm używany już w tradycji żydowskiej nabrało ostatnio złego znaczenia. Prozelityzm dziś jest rozumiany jako zdobywanie zwolenników dla własnych poglądów metodami sekciarskimi. Oczywiście, że takie rozumienie prozelityzmu nie mieści się w dobrze pojmowanym szacunku dla wolności człowieka. Niemniej całe Boże objawienie jest wezwaniem. Duszpasterz musi pomagać, by dusza chciała słuchać Bożego głosu. Obawy wobec nadmiernej „agitacji” mogą czasami być przykrywką własnej letniości. Gdy panuje atmosfera hojności i oddania kwitną powołania do wszelkich dróg.
W wielodzietnej rodzinie dzieci uczą się, że warto żyć dla innych, że warto oddać się Bogu. Dotykamy tu wielkiego paradoksu, gdyż od kochających się rodziców dzieci uczą się doceniać bezżenność dla Królestwa niebieskiego. I na odwrót: od gorliwego księdza świeccy uczą się wierności i miłości małżeńskiej. Tak samo z przykładu gorliwych zakonników korzystają księża diecezjalni, a w klimacie zdrowej wspólnoty parafialnej rodzą się powołania zakonne. Wizja komunii jest ściśle związana ze zdolnością otwarcia się na wszystkie dary Ducha. Jedność Kościoła dla św. Escrivy nie oznaczała jednolitość, ale połączenie w organiczną całość uprawnionych odmienności. Wezwanie do świętości jest wspólnym mianownikiem wszystkich: świeckich, księży i osób konsekrowanych. A świętość to pójście na całego... własną drogą!
Niedługo po hiszpańskiej wojnie domowej św. Josemaría prowadził kilkudniowe rekolekcje dla studentów w Walencji. Budynek, w którym się one odbywały był wcześniej kwaterą milicji ludowej. Na ścianach widniały jeszcze napisy, choć wiele już usunięto. Prosił, by pozostawić jeden z nich: „Każdy wędrowiec niech podąża swoją drogą”. Stał się on dewizą jego otwartego ducha określającego całą jego apostolską działalność.
Nie możecie pozwolić, by w Peru zabrakło księży
Lima, lipiec 1974 r. Tym razem ks. Josemaría zwierza się grupie księży. Jest ich około pięćdziesięciu. I to spotkanie można obejrzeć na filmie video. Widać, że ks. Josemaría już nie ma tej energii z przed dwóch miesięcy, gdy w Buenos Aires poruszał się energicznie po scenie teatru San Martín. Musi siedzieć. Mówi cicho i w nieco zwolnionym tempie. Opowiada o swoim powołaniu do kapłaństwa, jak porozmawiał o tym ze swoim tatą. Jak ojciec po wysłuchaniu go powiedział mu, że skoro chce zostać księdzem to musi być świętym księdzem. Wspomina, jak jego ojciec się wzruszył. Był to jedyny raz, gdy widział łzy w jego oczach. Wspomina o latach spędzonych seminarium, o jego pierwszej wiejskiej parafii... Wtedy nie brakowało księży. Kościół był jak wielka stara machina, czasami skrzypiał trochę, ale funkcjonował. Zaczyna się ożywiać, gdy mówi, że powołania zależą od gorliwości księży. Zachęca słuchaczy do troski o powołania. Zaznacza, że nie chodzi mu o powołania do Opus Dei, lecz o powołania do seminariów diecezjalnych. Błaga ich, bracia moi, nie możecie pozwolić, by w Peru zabrakło księży. Nie możemy na to pozwolić... Nie zabraknie powołań, jeżeli każdy z was postara się o to, by przyprowadzić jednego następcę, albo lepiej, dla pewności, dwóch kandydatów, a może trzech...
Św. Josemaría szalenie kochał swoje kapłaństwo. Choć Pan powierzył mu bardzo konkretną misję – założenie Opus Dei, zawsze czuł się kapłanem diecezjalnym. Całe życie towarzyszyła mu troska o braci kapłanów. Z tej przyczyny w roku 1950 był gotów opuścić już rozwinięte Opus Dei, by założyć instytucję w celu pomocy formacyjnej dla kapłanów diecezjalnych. Okazało się, że duch Opus Dei, tzn. uświęcanie się pośród świata poprzez pracę i wypełnianie własnych obowiązków nie jest sprzeczny z byciem kapłanem diecezjalnym. Więcej, formacja ta prowadzi do pokochania jeszcze bardziej własnej diecezji, własnego Ordynariusza, własnego prezbiterium, seminarium i powierzonej pracy duszpasterskiej.
Nauczanie św. Josemaríi Escrivy pomaga wielu księżom na całym świecie odnajdywać Boga w codziennych zajęciach. Zajęcia, które dla kapłana diecezjalnego mogą być bardzo różne. Nie zawsze jest to wymarzona praca z życzliwymi ludźmi. Ks. Josemaría przypomina wszystkim – świeckim i kapłanom – że wśród papierów (biurokracja też i w Kościele może się nieźle zadomowić) i wśród cegieł (niekończące się remonty) można się uświęcać, można apostołować. Św. Escriva nie tylko to przypomina, ale konkretnie wskazuje jak to robić dzień po dniu, jak być wśród świata i nie zeświecczyć się, jak gdzieś po drodze nie pogubić kapłaństwa.
Troska o powołania kapłańskie jako konkretny owoc miłości do Kościoła należy do dziedzictwa św. Escrivy. Naśladując jego święte życie wielu księży rozpaliło swą troskę o powołania. Wiele rodzin w kontakcie z nauczaniem św. Escrivy stało się bardziej kościołem domowym. Powstał w ten sposób odpowiedni klimat, aby Pan pobłogosławił te rodziny, wybierając z nich kapłana służącego w diecezji. Wielu młodych na całym świecie – także w Polsce – w kontakcie z formacją udzielaną przez prałaturę Opus Dei odkryło swe powołanie do kapłaństwa i wstąpiło do seminarium diecezjalnego. Jeżeli dobrze wykorzystają czas formacji seminaryjnej, zostaną księżmi diecezjalnymi. Diecezjalnymi bez przymiotnika.
***
„Bracia, nie pozwólcie na to, by zabrakło księży...” – powtarza św. Josemaría na zarejestrowanym filmie. Księży na sto procent. „Nie rozumiem zabiegów niektórych księży zmierzających do tego, aby mieszać się z pozostałymi chrześcijanami, zapominając lub zaniedbując swoją specyficzną misje w Kościele – tę, dla której zostali wyświęceni. Myślą, że chrześcijanie pragną widzieć w kapłanie jednego człowieka więcej. Nieprawda! W księdzu chcą podziwiać cnoty właściwe jakiemukolwiek chrześcijaninowi, a nawet jakiemukolwiek człowiekowi uczciwemu: wyrozumiałość, sprawiedliwość, życie pracowite – w tym przypadku wypełnione pracą kapłańską, dobroć, dobre wychowanie, delikatność w obejściu. Wierni chcą, by ksiądz jasno wyróżniał się swoim charakterem kapłańskim, oczekują, że będzie się modlił, że nie będzie się uchylał od udzielania sakramentów, że będzie otwarty na ludzi, nie starając zostać ich liderem ani bojowym przywódcą jakiejś akcji bez względu na jej program (por. Presbiterorum ordinis, nr 6), że z miłością i pobożnością będzie odprawiał Mszę świętą, że usiądzie w konfesjonale, że pocieszy chorych i przygnębionych, że będzie nauczał katechizmu dzieci i dorosłych, że głosić będzie Słowo Boże, a nie jakiś typ wiedzy ludzkiej, która – chociażby ją znał doskonale – nie jest wiedzą, która zbawia i prowadzi do życia wiecznego, że będzie śpieszył z radą i miłością potrzebującym.” („Kochać Kościół”, nr 42).
Ks. Stefan Moszoro-Dąbrowski, Laetare 16-17/ 2004. Warszawa ss 110-121.
| < Poprzednia | Następna > |
|---|







